Zagłębie Lubin | Official site | Polish Champion 1991, 2007

Aktualności

Fernando Dinis: Wciąż jestem kibicem Zagłębia

13.11.2017 08:30 | Kategoria: Publicystyka

Choć w Zagłębiu nie ma już go od ponad 6 lat, to wciąż pamięta o swoim klubie. I to pomimo faktu, że z piłką nie ma już nic wspólnego, a obecnie pracuje jako programista w jednej z portugalskich firm, obsługujących tamtejsze banki. Fernando Dinis w rozmowie z nami wspomina swój pobyt w Lubinie i pozdrawia fanów Zagłębia.

Odszedłeś z Lubina już ponad 6 lat temu, ale wciąż jesteś na czasie jeśli chodzi o Zagłębie. Często widzimy, że oceniasz i komentujesz zdjęcia na Instagramie oraz reagujesz na posty na Facebooku. Nie zapominasz o swoim byłym klubie.

Absolutnie, bo mój pobyt w Lubinie wspominam bardzo dobrze. To był piękny czas w moim życiu. Myślę, że nawet dziś mogę spokojnie nazwać się kibicem Zagłębia. Znam obecnych zawodników, znam trenera, wiem co słychać w moim byłym klubie. Widzę, jak ważna w rozwoju Zagłębia stała się akademia, jak bardzo rozrosła się infrastruktura przy stadionie.

Czasem napiszę nawet w komentarzach „Wielkie Zagłębie” albo „Powodzenia”, wciąż leży mi na sercu dobro klubu.

To na pewno wiesz, jak wygląda nasza sytuacja w tabeli, znasz nazwiska obecnych piłkarzy.

Śledzę rozgrywki i wiem, że Zagłębie radzi sobie znacznie lepiej niż wtedy, gdy to ja byłem zawodnikiem (śmiech). Niedawno był przecież brązowy medal, teraz też drużyna ma kontakt z czołówką ligi, bo różnice punktowe są minimalne – ledwie kilka punktów do liderującego Górnika.

A jeśli chodzi o piłkarzy, to najlepiej kojarzę tych, którzy niedawno zostali powołani do kadry – tego młodego obrońcę Jacha, który latem grał w Euro U-21 i napastnika o trudnym nazwisku (śmiech) (chodzi o Jakuba Świerczoka – red.). Bardzo zdolni zawodnicy.

Moim zdaniem Zagłębie to dzisiaj dobra mieszanka rutyny z młodością. To też ważne dla tych dzieciaków z akademii, że mogą dostać szansę gry, gdy widzą swoich kolegów w pierwszym zespole. To też zasługa trenera i bardzo dobrej filozofii klubu.

Cofnijmy się jednak do 2009 roku. Przypomnij, jak wyglądała historia twojego transferu do Lubina.

Pierwszy kontakt z przedstawicielami Zagłębia miałem w czasach, gdy jeszcze grałem w Boaviscie Porto. Drużyna miała wówczas obóz przygotowawczy w Portugalii i graliśmy nawet sparing przeciwko sobie. Wtedy skontaktował się ze mną jeden z menadżerów współpracujących z Zagłębiem i zaproponował przenosiny do Polski.

Przyznam szczerze, że uważałem wtedy polską Ekstraklasę za dość słabą ligę, a przecież w Portugalii grałem w bardzo dobrym klubie z czołówki. Podziękowałem więc grzecznie, ale po dwóch latach temat wrócił i wtedy na transfer się już zdecydowałem.

Ale początkowo nie obawiałeś się, że wyjazd na wschód to wielka niewiadoma? Szczególnie, że to był twój pierwszy zagraniczny transfer.

Trochę obawiałem się, że w Polsce czekają mnie białe niedźwiedzie (śmiech). Oczywiście trochę wyolbrzymiam. Przyjechałem i byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Świetna infrastruktura, budowane na Euro 2012 stadiony, sporo żywiołowo dopingujących kibiców na trybunach – szybko zweryfikowałem swoje obawy.

Sam Lubin też mi bardzo odpowiadał, bardzo fajne miasto do życia. Nie za duże, ale było w nim wszystko czego potrzebowałem. Zawsze wspominam ten okres w Zagłębiu z bardzo dużym sentymentem i sympatią. Polska to świetny kraj do życia.

A jak z językiem polskim? Pamiętasz coś jeszcze?

Raczej piłkarskie zwroty. „Plecy”, „wyjazd”, „do przodu” czy „czas” – to jeszcze pamiętam. Ale w restauracji jedzenie chyba bym jeszcze potrafił zamówić (śmiech)

Do Zagłębia trafiłeś w pakiecie z Davidem Caiado. I to raczej z nim kibice wiązali większe nadzieje. Był bardziej spektakularny, mówiło się, że to drugi Cristiano Ronaldo. Ty byłeś trochę w cieniu, a jednak w barwach Miedziowych zagrałeś znacznie więcej meczów.

Zawsze byłem piłkarzem, który dość szybko adaptuje się do otoczenia. Nie ukrywam, że byłem też znacznie silniejszy fizycznie niż David i pewnie to zdecydowało o tym, że ostatecznie poradziłem sobie lepiej w Zagłębiu. Caiado był znacznie bardziej technicznym piłkarzem, więc trudno mu się było przystosować. Choć to świetny zawodnik, miał bardzo wysokie umiejętności i pokazywał je w późniejszych latach.

Zresztą w Lubinie też. Pamiętam, jak strzelił bramkę z połowy boiska Wiśle Kraków. Później wszystkie portugalskie serwisy sportowe zachwycały się tym trafieniem i na okrągło puszczały go w telewizji. Na szczęście nikt nie zauważył, że to była honorowa bramka na 1:4… (śmiech)

Razem z Davidem trafiliście do szatni pełnej doświadczonych zawodników. Mateusz Bartczak, Michał Stasiak, Dariusz Jackiewicz, Grzegorz Bartczak – to wszystko byli niedawni mistrzowie Polski. Do tego Aleksander Ptak czy Ilijan Micanski, a więc kolejne mocne osobowości.

Musze przyznać, że na początku dało się wyczuć pewien dystans, ale zawsze towarzyszył temu olbrzymi szacunek. Starsi zawodnicy szanowali mnie, a ja ich – szczególnie że, tak jak wspomniałeś, wielu z nich to byli niedawni mistrzowie Polski, którzy mierzyli się ze Steauą w eliminacjach Ligi Mistrzów. Miałem do nich bardzo duży respekt.

Z czasem jednak zostaliśmy bardzo dobrymi kolegami, choć z wiadomych względów trzymałem się raczej z zagranicznymi zawodnikami – z Costą, Tolkiem Ekwueme, Ilijanem Micanskim czy Momo Traore i później Davidem Abwo.

O kolegach z szatni mogę mówić same dobre rzeczy. Czułem, że uważają mnie za dobrego piłkarza i ja odwdzięczałem się tym samym.

A masz jeszcze kontakt z kimś z tamtych czasów?

Oczywiście, dzisiaj za pośrednictwem Facebooka to żaden problem. Mam kontakt z Matim Bartczakiem, który teraz pracuje u was i zajmuje się biznesem. Oprócz tego rozmawiam również co jakiś czas z chłopakami z Katowic - Dawidem Plizgą, Adim Błądem, Wojtkiem Kędziorą.

Do tego Arek Woźniak – pamiętam, jak wchodził do drużyny za moich czasów, a ostatnio przeczytałem, że już ma 200 meczów w Zagłębiu na koncie. Szok (śmiech).

Czasem rozmawiam również z Olkiem Ptakiem, Bojanem Isailoviciem czy Grześkiem Bartczakiem. W dzisiejszych czasach to nie jest problem, wystarczy chcieć.

Kiedy spojrzysz wstecz, to jakie jest twoje najpiękniejsze wspomnienie z Lubina?

Mecz z Odrą Wodzisław u siebie. Wygraliśmy ten mecz 2:1, a ja strzeliłem decydującego o zwycięstwie gola. Co więcej, ta wygrana dała nam pewne utrzymanie w lidze, a mi – przedłużenie kontraktu z Zagłębiem o kolejny rok. Bardzo dobrze wspominam tamto spotkanie właśnie ze względu na te okoliczności.

Zdradzisz, kto był twoim zdaniem najlepszym piłkarzem, z którym zagrałeś w Zagłębiu?

Ja zawsze byłem zawodnikiem, dla którego najważniejsze było dobro drużyny i doceniałem nie tylko piłkarzy, którzy grali widowiskowo, ale też dawali dużo drużynie.

Choćby z tego względu zawsze mówiłem, że najlepszym według mnie piłkarzem Zagłębia był w tym czasie Mateusz Bartczak. Wiedziałem, że jak oddam mu piłkę to on nie tylko jej nie straci, ale też stworzy okazję jednemu z kolegów. Będzie się śmiał jak to przeczyta, ale trochę przypominał mi w tym Xaviego. Oczywiście zachowując proporcje (śmiech).

Do tego na pewno Szymek Pawłowski. Świetny zawodnik z dobrym uderzeniem – tak z lewej jak i z prawej nogi. Zdecydowany lider drużyny w tamtym czasie.

No i oczywiście Bułgar. Z Ilijanem spędzałem całe dnie, bo bardzo się zakolegowaliśmy. Dlatego trochę trudniej mi o ocenę akurat jego. To był snajper z prawdziwego zdarzenia. Dawało się piłkę do przodu, tam ktoś wrzucił w pole karne a Julek z łatwością strzelał gola. No i w klasyfikacji strzelców przegrał wtedy tylko z Lewandowskim. To też o czymś świadczyło, gdy spojrzymy gdzie Lewandowski jest dziś.

Pomówmy trochę o tobie. Czym się teraz zajmujesz? Bo z tego co zdążyłem się dowiedzieć, to masz dość oryginalne – jak na byłego piłkarza – zajęcie.

W tej chwili z piłką mam już niewiele wspólnego. Pracuję jako programista w jednej z firm, która dostarcza oprogramowanie do portugalskich banków i nie tylko. Można powiedzieć, że zajmuję się w tej chwili wsparciem biznesu, a więc m. in. przygotowuję raporty finansowe dla firmy oraz zajmuję się rozwojem oprogramowania komputerowego.

Nie tęsknisz za piłką? Po odejściu z Zagłębia w zasadzie skończyłeś z zawodowym graniem.

Niespecjalnie widzę dla siebie miejsce w obecnym futbolu. Jedyne, co mógłbym robić to być skautem lub pracować z dzieciakami. Ale do menadżerki czy trenowania mnie nie ciągnie.

Lubię swoją obecną pracę. Gdy jeszcze grałem, to zapisałem się na studia, a po zakończeniu kariery miałem więcej czasu, by je skończyć. Wróciłem do szkoły, zrobiłem magistra i złożyłem podanie o pracę. Dostałem się i od 3 lat pracuję w obecnej firmie.

Jestem szczęśliwy, bo robię to co lubię, a na dodatek mieszkam w Lizbonie, która jest moim zdaniem najpiękniejszym miastem w Portugalii. Rodzina jest ze mną, córeczka – która nawiasem mówiąc urodziła się podczas mojego pobytu w Lubinie – ma już 7 lat i niedługo doczeka się brata.

W takim razie gratulacje. Pójdzie w ślady taty i zostanie piłkarzem?

Niczego nie wykluczam, ale nie chcę narzucać mu swojej decyzji. Zrobi to co będzie chciał, a ja na pewno będę go w tym wspierał z całych sił.

Może na koniec chcesz coś przekazać naszym kibicom?

Z miłą chęcią. Wspierajcie swoich zawodników tak, jak wspieraliście nas, gdy to ja byłem w Zagłębiu i bądźcie przy nich na dobre i na złe. To bardzo pomaga, wierzcie mi.

Mam nadzieję, że będzie okazja, bym przyjechał jeszcze raz do Lubina i spotkał się ze starymi znajomymi. Trzymajcie się!

Źródło: Zagłębie Lubin
Foto: Tomasz Folta