Marian Putyra wspomina historyczne mistrzostwo Polski Miedziowych / Inne / KGHM Zagłębie Lubin
Marian Putyra wspomina historyczne mistrzostwo Polski Miedziowych 15 cze

Marian Putyra wspomina historyczne mistrzostwo Polski Miedziowych

15 czerwca jest ważną datą w historii Miedziowych. To właśnie tego dnia, w 1991 roku, Zagłębie Lubin zdobyło pierwszy tytuł mistrzowski. W 35. rocznicę rozmawialiśmy z trenerem Marianem Putyrą, który doprowadził tamten zespół do historycznego sukcesu. Był on wówczas najmłodszym szkoleniowcem, który zdobył złoty medal mistrzostw Polski.

15 cze 2026 14:00

Fot. Jerzy Kosiński
Autor Zagłębie Lubin S.A.

Udostępnij

Inne

Od szkolenia młodzieży do ławki trenerskiej pierwszego zespołu Zagłębia

Lubin to miejsce, w którym mieszkałem najdłużej. Przyjechałem tu z Wrocławia dokładnie 1 lipca 1986 roku. Wcześniej pracowałem na uczelni. od tamtej pory sprawowałem różne funkcje. Na początku zostałem trenerem–koordynatorem do spraw młodzieżowych. Wtedy zespoły młodzieżowe Zagłębia były usytuowane przy ulicy Odrodzenia, tam, gdzie teraz OSiR. Było tam trochę żużlowo, trochę asfaltowo... Mieliśmy placyk i na nim odbywały się zajęcia. Wszystko tu dopiero rosło.

Prowadziłem drugi zespół oraz zajmowałem się koordynowaniem szkolenia w całym klubie, a potem – w 1987 roku – zostałem asystentem trenera Alojzego Łyski w pierwszym zespole. Niestety tak się to potoczyło, że w sezonie 1987/1988 spadliśmy na drugi poziom. Mecze barażowe z Górnikiem Wałbrzych pamiętam wciąż dość dobrze. Przegraliśmy jedną bramką.

Wciąż zajmowałem się wówczas szkoleniem młodzieży. W 1989 roku zajęliśmy trzecie miejsce w Polsce, przegrywając tylko z Górnikiem Zabrze, który miał wtedy znaczenie na arenie międzynarodowej oraz z Cracovią. Wielu chłopaków, którzy trenowali u mnie jako juniorzy, rozwinęło się na tyle, że pociągnąłem ich później do pierwszego zespołu, gdy zostałem trenerem. Między innymi Radosław Kałużny, Jarosław Pokora, Radosław Jasiński. Pamiętam, jak sprowadzaliśmy tego ostatniego z Iskry Pasikurowice, małego klubiku. Jeszcze wtedy nie było skautingu, a o zawodnikach z okolic dowiadywaliśmy się "pocztą pantoflową". W ten sposób trafili do nas również Lesław Grech i Janusz Najdek z Chocianowa, Mariusz Urbaniak z Bogatynii. Większość stanowili chłopcy z regionu. Z czasem byli zauważani i grali w młodzieżowych reprezentacjach.

Pisałem pracę trenerską o systemie szkolenia w Zagłębiu Lubin. Oparłem ją na podziale piłkarzy na dwie części miasta: Przylesie i Ustronie. W obu miejscach rekrutowaliśmy zawodników, w jednym rejonie powstała klasa sportowa, w drugim – klasa piłkarska. Pracowali z nimi trenerzy, których ściągnąłem do klubu w tamtym okresie. Jednym z nich był Janusz Rak, który wciąż pracuje w Akademii Piłkarskiej KGHM Zagłębie. I zawsze apelowałem, że nie możemy się wartościować, kto jest lepszy. Były to podstawy późniejszych sukcesów oraz kolejnych szans dla młodych piłkarzy, które nie brały się z przypadku.

 

Pierwszy zespół wrócił wtedy do najwyższej ligi i od razu został wicemistrzem Polski. Było to wydarzenie naprawdę duże. Beniaminek osiągnął to, co w klubie do tamtej pory wydawało się nieosiągalne. Potem był debiut w pucharach, dwumecz z Bologną… Po przegranej 0:1 u siebie i bezbramkowym remisie na wyjeździe zespół pożegnał się z rozgrywkami. Nieco później włodarze klubu postanowili się rozstać z trenerem Stanisławem Świerkiem. I wtedy wydarzyło się to, co będę pamiętał do końca życia.

Miałem 33 lata i jako jeszcze młody trener zostałem zapytany, czy podołam na swoich barkach udźwignąć ciężar, jakim jest prowadzenie zespołu wicemistrza Polski i drużyny, w której grali moi równolatkowie. Bez wahania się zdecydowałem. Może to był młodzieńczy zapał, taki młodzieńczy zryw. Wierzyłem jednak w swoje wykształcenie i doświadczenie na uczelni oraz w budowaniu struktur w klubie. I zacząłem pracę z tą drużyną.

Czy czułem stres? Na pewno. Nie zapomnę nigdy sytuacji, gdy włodarze klubu zwołali spotkanie kadry pierwszego zespołu. Dotychczas patrzyłem na nich, gdy grali na boisku, a teraz stanąłem z nimi oko w oko. Musiałem wykazać się stanowczością. Bo albo oni mnie zaakceptują, albo przegram z nimi tę batalię i będzie krucho. Ale znaleźliśmy wspólny język. Pierwszy mecz z Zagłębiem Sosnowiec wygraliśmy, drugi zremisowaliśmy, w trzecim znów zdobyliśmy trzy punkty. Były to trzy ostatnie spotkania rundy jesiennej.

Kulisy mistrzostwa Polski

Zimą pojechaliśmy na zgrupowanie do Czechosłowacji, gdzie mieściły się kopalnie uranu. Pewnego dnia przyjechali do nas na wizytację prezes i dyrektor. Gdy patrzyli na to, co z nimi wyrabiałem i jakie mieli obciążenia treningowe, zaczęli się obawiać czy nie za ostro. Powiedziałem im, że jeśli chcemy iść po mistrzostwo, to nie ma innej drogi. Wtedy nie było jeszcze takiego dostępu do badań jak obecnie.

Wszystkie jednostki treningowe, mikrocykle i mezocykle musiałem rozrysować i rozpisywać z moimi współpracownikami. Nie można było kliknąć i sprawdzić, jak trenują inni. Ale byliśmy w Polsce jednymi z pierwszych, którzy wprowadzili pomiary zakwaszenia organizmu jako reakcji organizmu na wysiłek fizyczny. Współpracowaliśmy z fizjologiem – prof. Janem Chmurą oraz psychologiem – dr Edwardem Wlazłą, który był moim nauczycielem akademickim. Potrafił dobrze ocenić, na kogo mogę liczyć w stresowych sytuacjach, a kto pęknie w określonych momentach na boisku. Było to bardzo pomocne, dawało mi szereg podpowiedzi przy układaniu składu na poszczególne mecze.

Jedną z najważniejszych rzeczy, które spowodowały, że ta drużyna się scaliła, było zbudowanie rady drużyny. Zdecydowałem się na taki układ, żeby byli w niej piłkarze starsi, młodsi i najmłodsi. Żeby nie było tak jak zazwyczaj w tamtych latach, że starszyzna rzucała wszystkich po kątach. W zespołowej grze muszą być podejmowane takie rozwiązania, aby wszystkie elementy się zazębiły. Tym bardziej, gdy miałem dość sporo młodszych zawodników. To rozwiązanie pomogło nam utrzymać dyscyplinę.

Konkurowaliśmy wtedy z Górnikiem Zabrze i Wisłą Kraków, dwoma tuzami polskiej piłki w tamtym czasie. Rzadko traciliśmy punkty i mieliśmy w sobie dużą pewność siebie w dążeniu do celu, który przestał być enigmatyczny i trudny do osiągnięcia. Wszyscy się bali Zagłębia. Ale były też trudniejsze momenty. Pięć kolejek przed końcem sezonu było widać, że mamy tytuł w zasięgu ręki i jechaliśmy do Mielca. Piłkarze mnie poprosili wtedy, żeby dać im wolną rękę w wyborze składu. Odpowiedziałem im: proszę bardzo. W 74. minucie Stal strzeliła nam gola na 1:0, przegraliśmy. Po wejściu do szatni Jarek Bako rzucił butami w ścianę i powiedział: k****, już nigdy więcej nie będziemy takich rzeczy robić. Ten epizod uważam za ważny. Wielokrotnie mówiłem piłkarzom, że oni i cały sztab szkoleniowy są współtwórcami sukcesu, nie tylko jeden czy drugi, tylko razem jesteśmy mocni. Po tym meczu już się nie potknęliśmy i zdobyliśmy upragniony tytuł.

Co miało największy wpływ, że ci piłkarze weszli wtedy na swój najwyższy poziom? Podstawową rzeczą był cel i droga prowadząca do niego – zarówno indywidualnie i zespołowo. Jeżeli zgra się wiele elementów, które decydują o wartości, drużyna jako całość może stanowić siłę, którą niełatwo zwalczyć.

Europejskie wyzwanie i pożegnanie z Lubinem

Potem przyszły europejskie puchary. Graliśmy dwumecz z Broendby Kopenhaga. Na wyjeździe przegraliśmy 0:3, a w Lubinie wygraliśmy 2:1. W śnieżycy, w mrozie, w takich warunkach... Ale ta porażka w pierwszym meczu bolała nas przez długi czas, byliśmy wściekli. Później wielu zawodników naszych rywali było w kadrze późniejszych mistrzów Europy z 1992 roku, gdy Dania awaryjnie zastąpiła Jugosławię i zdobyła tytuł.

Cały drugi sezon był zdecydowanie trudniejszy. Po prostu rozprzedano ten zespół i nie było możliwości, żeby zastąpić niektórych. Nie dało się tego zrobić w ciągu miesiąca czy dwóch. Musieliśmy ustalić inne założenie, a było nim, aby zająć miejsce nie niższe niż ósme. Niestety zajęliśmy dziewiąte, a ja musiałem się rozstać z klubem po łącznie sześciu latach pracy w różnych rolach.