Po drugiej stronie barykady 30 sie

Po drugiej stronie barykady

Każdy z nich w historii naszego klubu zapisał inną kartę. Na pewno jednak łączy ich kilka rzeczy. Albowiem z Zagłębiem nie tylko zgarniali tytuł Mistrza Polski, ale też, niestety, zaznali goryczy spadku z ekstraklasy. Pod względem piłkarskim wszyscy zapowiadali się bardzo dobrze, wchodząc do seniorskiej piłki z przytupem. Grali w młodzieżowych kadrach Polski, zdobywając doświadczenie na międzynarodowych imprezach. Po latach wszyscy spotkali się w Legnicy, gdzie obecnie grają w barwach Miedzi. Grzegorz Bartczak, Wojciech Łobodziński oraz Kornel Osyra, bo to o nich mowa, w 7. Kolejce Lotto Ekstraklasy staną po drugiej stronie barykady. Przeciwko klubowi, z którym święcili największe sukcesy w swoich karierach.

30 sie 2018 11:27

Fot. Tomasz Folta
Autor Zagłębie Lubin

Udostępnij

Ekstraklasa

Już w najbliższą niedzielę, po raz pierwszy w Ekstraklasie, zmierzymy się z naszym lokalnym rywalem - Miedzią Legnica. Będzie to nasze trzecie spotkanie w ostatnich latach i liczba 3 jest tutaj kluczowa. Tyle bowiem bramek padło w rywalizacji obu zespołów na szczeblu pierwszoligowym - 0:2 w Lubinie (wygrała Miedź), oraz 0:1 w Legnicy w sezonie 2014/15, oczywiście dla Zagłębia. Wspomnianych trzech, byłych już zawodników „Miedziowych”, występuje obecnie w szeregach najbliższego rywala. Łącznie ponad dwieście razy zakładali trykot Zagłębia w rozgrywkach seniorskich.

Najbardziej doświadczonym zawodnikiem z tego trio jest niewątpliwie Łobodziński. 35-letni dziś pomocnik legniczan przechodzi właśnie drugą młodość. W Lubinie zapamiętano go jako błyskotliwego dryblera obdarzonego bardzo dobrym ciągiem na bramkę. Co ciekawe, cała Ekstraklasa znała jeden, kluczowy zwód „Łobo”, a i tak nabierali się na niego kolejni obrońcy naszych rywali. W sezonie 2018/2019 urodzony w Bydgoszczy piłkarz zdaje się potwierdzać wszystkie swoje walory. Dość powiedzieć, że rozgrywa właśnie kolejną, bardzo dobrą rundę, nie schodząc poniżej pewnego poziomu. W Zagłębiu pojawił się w sezonie 2003/2004 przechodząc do nas z Wisły Płock. Jak sam mówił w wywiadach, gdy po raz pierwszy wysiadł na lubińskim dworcu PKP, był autentycznie przerażony. Trzy rozwalone ławki, jakiś pijany facet leżący na jednej z nich... Co ja tu robię, pomyślał sobie Wojtek, a dalej nie było wcale lepiej – pamiętajmy bowiem, że stary stadion, legendarny lubiński GOS, robił może wrażenie, ale w latach dziewięćdziesiątych. Wracając jednak do czysto piłkarskich tematów, Łobodziński już wtedy w najwyższej klasie rozgrywkowej cieszył się dobrą renomą, mając na koncie kilkadziesiąt spotkań o punkty. Zdobył także wicemistrzostwo Europy U16 oraz mistrzostwo Europy U18. Lubinianie, którzy właśnie próbowali odnaleźć się w nowej, pierwszoligowej rzeczywistości, skwapliwie skorzystali z możliwości sprowadzenia utalentowanego 21- latka. Ten zadebiutował w nowych barwach już w pucharowym starciu z Jagiellonią Białystok. Skrzydłowy pojawił się na murawie w 65 minucie spotkania i choć ostatecznie to drużyna z Podlasie triumfowała, zapisał się w pamięci lubińskich kibiców podejmując kilka odważnych decyzji i niekonwencjonalnych prób dryblingu, co wzbudzało aplauz na trybunach. Od tego momentu stał się ważnym elementem drużyny z Lubina, grając większość ( 22 z 25) spotkań w pierwszej jedenastce. Pięć trafień i 1861 minut walnie pomogły Zagłębiu w powrocie do najwyższej klasy rozgrywkowej, a sam piłkarz mógł spróbować swoich sił w Idea Ekstraklasie. Kolejny rok był dla niego równie udany. Tym razem siedmiokrotnie znalazł sposób na bramkarza rywali i do tego potrzebował tylko 23 gier. W rozgrywkach 2005/2006 grający z numerem 9 skrzydłowy długo nie mógł wpisać się na listę strzelców. Ta sztuka udała się dopiero w dziewiątej kolejce, w starciu z Górnikiem Zabrze i jego trafienie w 41 minucie pozwoliło pewnie pokonać zespół z Zabrza 3:0. Od tego momentu do końca sezonu tylko raz wchodził z ławki rezerwowych, dokładnie w dwudziestej kolejce w starciu ze swoim byłym klubem – Wisłą Płock. Jego trzy trafienia w 29 występach pozwoliły uplasować się „Miedziowym” na ostatnim miejscu podium i mocno rozbudziły apetyty miejscowych sympatyków przed następnym sezonem. A ten, jak pokazała historia, był najbardziej udany dla samego zawodnika jak i klubu z Lubina. W 30 ligowych starciach pomocnik znów zdobył trzy bramki, ale tym razem pod wodzą Czesława Michniewicza cała drużyna wspięła się na szczyt swoich możliwości i finalnie zakończyła rozgrywki na pierwszym miejscu, świętując drugi w historii tytuł mistrzowski. Już wtedy zakusy o Łobodzińskiego robiło wiele klubów polskich i zagranicznych, jednak sam zainteresowany zdecydował się rozpocząć kolejne rozgrywki w pomarańczowej koszulce lubinian. Być może zachęciła go do tego perspektywa gry w europejskich pucharach i możliwość pokazania się na arenie międzynarodowej. Jeszcze w listopadzie 2007 na łamach prasy zapowiadał, że jeśli odejdzie, to tylko do klubu europejskiego. Tuż po przerwie zimowej, na początku 2008 roku, zakończył swoją udaną przygodę w Zagłębiu. Mając zapisaną w kontrakcie klauzulę odstępnego przeniósł się do Wisły Kraków. Przez te kilka lat reprezentował nasz klub w 160 spotkaniach, strzelając w tym czasie 28 bramek i spędzając na murawie ponad dziewięć tysięcy minut. Z Zagłębiem Lubin zdobywał Mistrzostwo Polski, Superpuchar, dwa razy wystąpił także finale

Równie udany okres w Lubinie miał kolejny gracz Miedzi Legnica, Grzegorz Bartczak. Kiedy po raz pierwszy pojawił się na boisku w seniorskiej piłce, trenerem Zagłębia był wówczas były selekcjoner Adam Nawałka. Debiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej w wygranym 5:0 spotkaniu z Pogonią Szczecin, rozegranym w sierpniu 2002 roku. Zameldował się na minutę przed końcem regulaminowego czasu gry i mimo to, zdołał strzelić swoją premierową bramkę w ekstraklasie. – „Baczo zwariował!” - śmiał się wówczas jego kolega z boiska, Krystian Kalinowski. Tak udany debiut mocno rozbudził nadzieje lubińskich kibiców, co do osoby Grześka. Niektórzy widzieli w nim lidera drużyny, zapominając przecież, że mówiliśmy wówczas o ledwie nastolatku. Niemniej jednak w Lubinie już wcześniej zdawano sobie sprawę z potencjału młodzika, który regularnie powoływany był do kadry młodzieżowej U-17 prowadzonej przez Andrzeja Zamilskiego. Wychowanek Konfeksu Legnica, którego do piłki wprowadzał trener Piotr Potycz, do kadry „Miedziowych” został włączony właśnie przez byłego selekcjonera Reprezentacji Polski, który jednak po kilku porażkach z rzędu bardzo szybko pożegnał się z Zagłębiem. Niemniej, Bartczak na tle dość słabo grającej drużyny, spisywał się na tyle dobrze, że do końca rozgrywek wystąpił jeszcze kilkanaście razy. Kibice z Lubina szczególnie zapamiętali go z meczu barażowego o utrzymanie w pierwszej lidze z Górnikiem Łęczna, gdy ucierpiał dość mocno w jednym ze starć z rywalem. Przez chwilę wahano się nawet, czy aby nie odwieźć kontuzjowanego zawodnika do szpitala. Ten jednak, na własne życzenie, wrócił na murawę i do ostatnich minut walczył o korzystny dla lubinian rezultat. Po spadku stanowił pewny punkt odradzającego się Zagłębia, dzięki czemu drużyna po rocznej banicji wróciła na pierwszoligowe salony. Młody zawodnik, będący w dalszym ciągu w kręgu zainteresowań trenera kadry U-19, pojechał nawet z Reprezentacją na międzynarodowy turniej do Korei. Grając m.in z Jakubem Błaszczykowskim, Piotrem Celebanem, Sławomirem Peszko, Łukaszem Piszczkiem czy Łukaszem Fabiańskim pokazał się z bardzo dobrej strony. Kilka tygodniu później „biało-czerwoni” z naszym zawodnikiem w składzie awansowali do Mistrzostw Świata w Szwajcarii i ponownie w kadrze znalazło się miejsce dla piłkarza Zagłębia. Na początku sezonu 2004/2005 prawy obrońca praktycznie od początku wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce, będąc pewnym punktem w drużynie Drażena Beska. Z czasem jednak, wraz z gorszymi wynikami całej drużyny, to miejsce stracił i do końca zmagań pojawiał się na boisku sporadycznie. Przed nowymi rozgrywkami Zagłębie przebyło dość dużą rewolucję. Pojawiło się kilku nowych graczy, ale to blond włosy defensor najczęściej pojawiał się u boku doświadczonych Michała Stasiaka czy Andrzeja Szczypkowskiego. Ten rok zamknął 21 występami i jedną bramką w starciu z Odrą Wodzisław Śląski. Kolejny sezon 2006/2007 były chyba dla Bartczaka najbardziej udane w pomarańczowych barwach. Pod wodzą Czesława Michniewicza zdobył Mistrzostwo Polski, a także Superpuchar, przebywając na murawie 2486 minut i w tym czasie raz pokonując bramkarza rywali. Wkrótce potem doczekał się nawet powołania do reprezentacji Polski na mecz z Litwą. W kolejnych latach dalej był mocnym punktem lubinian, zostając w klubie nawet po karnej relegacji. Dość często przytrafiały mu się drobne urazy, co powodowało, że praktycznie w ostatnich miesiącach kibice „Miedziowych” nie widywali go za często na murawie. W końcu w październiku 2010 roku rozegrał ostatnie spotkanie w koszulce Zagłębia Lubin w zremisowanym bezbramkowo meczu z Cracovią Kraków. Na początku 2011 zarząd klubu postanowił rozwiązać kontrakt z zawodnikiem, a ten po czasie podpisał nową umowę z Jagiellonią Białystok.

25- letni Kornel Osyra, czyli najmłodszy z nich wszystkich, w kadrze pierwszego zespołu znalazł się już w 2012 roku. Ówczesny szkoleniowiec pierwszego zespołu Zagłębia, Pavel Hapal, zabrał go na zimowe zgrupowanie do Grodziska Wielkopolskiego. Młody obrońca, który do Lubina przychodził z Brzegu Dolnego, pokazał się z bardzo dobrej strony w drużynach młodzieżowych „Miedziowych”. Dzięki temu znalazł się w szerokiej, 29 osobowej kadrze czeskiego szkoleniowca. Szansę na pokazanie swoich umiejętności dostał bardzo szybko, bo już w pierwszej grze kontrolnej przeciwko Warcie Poznań. Pojawił się wówczas w wyjściowej jedenastce, grając u boku tak doświadczonych graczy jak Adam Banaś, Aleksander Ptak czy Costa Nhamoinesu. Grał bez kompleksów na boisku, ale także poza nim odznaczał się dużą pewnością siebie. Miał wówczas 18 lat, ale na koncie już kilkadziesiąt występów w różnych kategoriach wiekowych Reprezentacji Polski. Tuż po zgrupowaniu w Wielkopolsce zapowiadał walkę o pierwszy skład, czego potwierdzeniem był wyjazd na kolejne zgrupowanie przedsezonowe, tym razem do Turcji. Na tle ówczesnych sparingpartnerów prezentował się dobrze, a należy pamiętać, że o skład walczył wówczas z bardziej doświadczonymi zawodnikami: Banasiem, Vidanowem, Reiną czy Bilkiem. W trakcie rundy wiosennej sezonu 2011/2012 opiekun Zagłębia Lubin kilkukrotnie włączał Osyrę do kadry meczowej, niemniej ostatecznie nie było mu dane zadebiutować w naszych barwach. W Lubinie nie mógł pokazać swoich umiejętności, więc poszedł na wypożyczenie do Gryfa Wejherowo. Po rozegraniu jednej rundy trafił do Piasta Gliwice i tam zbierał piłkarskie szlify. Co ciekawe, młody zawodnik wówczas miał okazję zagrać przeciwko Zagłębiu. W 2013 roku, w 17. Kolejce T-Mobile Ekstraklasy wystąpił w barwach gliwiczan, zmieniając w 85 minucie Rafała Murawskiego. Od sezonu 2017/2018 jest zawodnikiem Miedzi Legnica, gdzie coraz częściej stanowi o sile bloku obronnego. Kilka lat temu pytany w ankiecie personalnej o wskazanie zawodnika, który jego zdaniem jest najbardziej niedoceniany w Ekstraklasie wskazał...Patryka Tuszyńskiego. Za kilka dni obaj Panowie mogą stanąć naprzeciw siebie na boisku i miejmy nadzieję, że napastnik Zagłębia potwierdzi rekomendację młodszego kolegi.