Sunday Ibrahim | Podczas pobytu w Lubinie spotkałem wielu wartościowych ludzi / Pierwszy zespół / KGHM Zagłębie Lubin
Sunday Ibrahim | Podczas pobytu w Lubinie spotkałem wielu wartościowych ludzi 24 lip

Sunday Ibrahim | Podczas pobytu w Lubinie spotkałem wielu wartościowych ludzi

Sunday Ibrahim zasilił zespół "Miedziowych" w 2006 roku i choć jego przygoda z KGHM Zagłębiem nie trwała zbyt długo, to niewątpliwie sam zawodnik miło wspomina swój pobyt w Lubinie. Postanowiliśmy zapytać nigeryjskiego, byłego już piłkarza między innymi o to, jak wyglądały jego początki na polskich boiskach, dlaczego zdecydował się opuścić nasz klub oraz z kim z szatni utrzymuje kontakt do dziś. Zapraszamy!

24 lip 2020 13:00

Fot. Zagłębie Lubin S.A.
Autor Zagłębie Lubin S.A.

Udostępnij

Ekstraklasa

Czym się aktualnie zajmujesz?

- Już od dłuższego czasu mieszkam w Ibadzie. Jestem właścicielem Akademii Piłkarskiej i często staram się wygospodarować trochę czasu, żeby uczestniczyć w treningach młodych zawodników.

Z kim przyjechałeś do Polski?

- Przyjechałem z Czesławem Boguszewiczem. W Nigerii był moim trenerem, natomiast w Polsce został menadżerem. Trafiliśmy na siebie w klubie Nigerdock, trenował mnie 6 miesięcy i po prostu spodobał mu się mój styl gry. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy.

Dlaczego akurat postawiłeś na Polskę? Było coś, czego się nie spodziewałeś?

- Jak wspomniałem wyżej, miałem polskiego trenera, więc było mi trochę łatwiej trafić do polskiej ligi. Dostałem zaproszenie na testy do Wisły Kraków. Stwierdziłem, że spróbuję i zaryzykuję, bo bardzo chciałem grać w piłkę w Europie. Sprawdziłem się, więc zadomowiłem się w Polsce.

Czym zaskoczyła Cię polska liga?

- Przyjeżdżając do Polski trafiłem najpierw do Krakowa, więc wszystko było dla mnie nowe. Już nie mówiąc o lidze, bo była dość specyficzna, ale najbardziej zaskoczyła mnie pogoda. Było całkiem inaczej i musiałem się oswoić z nową sytuacją. Ja byłem przyzwyczajony do ciepła, bo tak to u nas wygląda. W Polsce natomiast są różne dni, czasem deszczowo, no i te pory roku… do zimy trzeba było się przyzwyczaić.

Mówisz, że liga specyficzna – dlaczego?

- Pierwszy raz miałem styczność z europejską ligą właśnie w Polsce. Zrobiła na mnie dobre wrażenie i można wskazać wiele różnic. Po raz pierwszy spotkałem się z grą przy sztucznym oświetleniu. W Nigerii to nie do pomyślenia, wychodzę na boisko i zapalają się lampy - świetnie to wyglądało i robiło niezły efekt. Jeżeli chodzi o kibiców to w Polsce doping trwa cały mecz. Nieważne czy przegrywamy, czy wygrywamy, czy nasza gra zadowala publiczność, czy nie. Podobało mi się to bardzo, jak kibice stali przez całe spotkanie i nas wspierali. W Nigerii natomiast jest cisza, chyba że idzie jakaś akcja zapowiadająca zaraz bramkę, to wtedy słychać głosy z trybun, ale to nie jest to samo co w Polsce.

Jak myślisz, czym mogłeś wtedy zaimponować trenerowi, to była przecież niezwykle mocna Wisła – ciężko tam było się przebić?

- Od początku przychodząc do Wisły zdawałem sobie sprawę, że będzie na pewno ciężko. Starałem się i zawsze dawałem z siebie maksimum. Mój test w Krakowie trwał miesiąc czasu. Byłem dobrze przygotowany pod względem fizycznym, jak i mentalnym. Ciężko było się zaaklimatyzować przez to, że byłem przyzwyczajony do innych warunków atmosferycznych. W Polsce było mi po prostu zimno, minusowa temperatura, śnieg, natomiast w Nigerii po 30 stopni, więc różnica była diametralna. Drugą kwestią, która mi na pewno nie pomagała był język. Nie mówiłem jeszcze po angielsku, ani oczywiście po polsku, więc ciężko było mi się porozumieć ze sztabem szkoleniowym, jak i niektórymi zawodnikami. Przez pewien czas byłem zależny od kolegów z drużyny i musiałem ich prosić, żeby mi tłumaczyli. Na szczęście mogłem liczyć na ich pomoc, ale sam się z tym źle czułem, więc tutaj leżał problem.

Kto w szatni Wisły zrobił najlepsze wrażenie?

- Było dużo świetnych zawodników w tamtym okresie i ciężko mi wytypować jednego, konkretnego. Chociaż jak zapytałaś, to pierwszym, który przyszedł mi do głowy jest Ryszard Czerwiec - bardzo inteligentny zawodnik. Miał w sobie coś, co mi imponowało. Grzesiek Kaliciak i Bogdan Zając też robili dobrą robotę i świetnie się dogadywaliśmy. Zawsze mogłem liczyć na pomoc z ich strony.

Co zadecydowało, że z Wisły przeniosłeś się do Chin, później kierunek Norwegia, ale w ostateczności wróciłeś do Polski?

- Tak wygląda życie piłkarza. Nie jest ono łatwe… Chciałem zostać w Wiśle Kraków, ale akurat wtedy nie dostawałem szansy na grę. Otrzymałem ofertę z Chin, więc się zdecydowałem. Chciałem po prostu grać w piłkę, nieważne było dla mnie, gdzie to będzie.

Czy dalej przy tym transferze pomagał polski agent?

- Nie, akurat zakończyliśmy współpracę podczas mojego pobytu w Wiśle. Miał mi załatwić klub we Włoszech, albo Niemczech. Niestety spotkała mnie kontuzja, która dokuczała mi przez dwa lata, ale nie mam oczywiście do niego o to pretensji. Transfer do Chin załatwiła mi Wisła. Pojechałem na testy, sprawdziłem się i zostałem, a do Norwegii wyjazd zorganizowałem już sobie sam.

Przychodząc do Zagłębia miałeś kontakt z kimś, kto powiedział Ci jakieś dobre słowo o klubie?

- Reprezentując Wisłę, miałem okazje grać przeciwko Zagłębiu. Zdawałem sobie sprawę, że to silny klub, z dobrymi perspektywami. Smuda był trenerem w Wiśle, więc też mi szepnął parę pozytywów i się zdecydowałem.

A od kogo wyszła propozycja z Zagłębia Lubin?

- Miałem ciągły kontakt z trenerem Smudą, on mi trochę pomógł. Wtedy zacząłem współpracować z nowym agentem - Bednarzem, który również się przyczynił do mojego transferu.

Jak więc wspominasz trenera Smudę?

- Mogę otwarcie powiedzieć, że to bardzo dobry trener. Człowiek, który dał mi szansę i wiele pomógł. Zawsze będę mu za to wdzięczny, mam mnóstwo miłych wspomnień z nim związanych. Na pewno będę go miło wspominał. Traktował mnie trochę jako tzw. „synka”. Było to bardzo miłe. W pewnym momencie wszyscy za mną chodzili i powtarzali do ucha „Twój tata, twój tata” (śmiech).

Twoim trenerem w Wiśle Kraków był m.in. Orest Lenczyk, były trener Zagłębia Lubin. Jak wspominasz czas, kiedy Cię trenował? Czy to był szkoleniowiec z najbardziej oryginalnymi metodami treningowymi, którego spotkałeś na swojej drodze?

- Lenczyk, to faktycznie specyficzny trener. Wyróżniał się od innych, posiadał własne metody i sposoby na prowadzenie treningów. Robił to w taki sposób, że przeważnie działało i miał wyniki, a o to w tym wszystkim chodzi. Bardzo miły trener, miał w sobie coś takiego, że dzięki niemu dobrze czułem się w klubie. Jego treningi były dość specyficzne, wykorzystywaliśmy między innymi krzesła czy piłki lekarskie. Mam dobre wspomnienia, było to coś innego, coś co go wyróżniało spośród innych trenerów, z którymi miałem przyjemność pracować.

Dlaczego zdecydowałeś się opuścić Zagłębie i znowu wrócić do Krakowa?

- Doszło do pewnych nieporozumień. Szczerze mówiąc, nie wiem czy ktoś na mnie poopowiadał złe rzeczy do dyrektora i chciał mi zrobić pod górkę, czy jak? Miałem wtedy kontuzję, leczyłem się w Poznaniu na własny koszt. W tym czasie nastąpiła zmiana trenera. Smuda przeszedł do Lecha Poznań, natomiast do Lubina przyszedł Michniewicz. Nie mogłem dojść do porozumienia z tym trenerem. On myślał, że ja nie chcę grać dla niego. W międzyczasie dostałem ponownie propozycję z Krakowa, więc zdecydowałem się. Nie grałem w piłkę tylko dla pieniędzy. Ja kocham ten sport i żałuję trochę, że tak to się potoczyło i się nie dogadaliśmy.

Trudno było się zaaklimatyzować w szatni? Z kim najbardziej się trzymałeś?

- Nie, szybko się zaaklimatyzowałem. Jestem otwarty na nowe znajomości, a w szatni było mnóstwo żartów. Muszę przyznać, że ten okres był naprawdę świetny. Miałem dobry kontakt z wieloma zawodnikami. Trener Smuda również robił klimat. Wiadomo, obcokrajowcy bardziej trzymali się razem. Miło wspominam Iwańskiego, Łobodzińskiego, Arbolede czy Felixa.

Jakaś ciekawa historia z szatni? A może z trenerem Smudą?

- Pamiętam sytuację, jak kiedyś spóźniłem się do klubu około pięciu minut. Miałem wtedy jeszcze BMW, przybiegam szybko do szatni i liczyłem, że zdążę zanim trener przyjdzie. Udało się, zadowolony wbiegam jakby nigdy nic, ucieszony, że trener nie zauważył… Po chwili przychodzi, patrzy się na mnie i mówi - Spóźniłeś się! A ja mówię - No ale jestem już gotowy! Trener do mnie mówi, wiesz skąd wiem? Masz takie głośne auto, że było słychać z daleka, o której godzinie przyjeżdżasz pod klub. Wydało się wszystko, chciałem to ukryć, ale niestety przysłowiowy tata się połapał. (śmiech)

Grałeś wtedy z Łukaszem Piszczkiem. Czy faktycznie już się tak zapowiadał?

- Piszczek zawsze reprezentował poziom. Wyróżniał się, ale jako napastnik nie miał po prostu szczęścia, a w piłce to jest również ważne. Miał świetną technikę i zostawiał serce na boisku. Był dobrym człowiekiem, ale trzeba przyznać, że brakowało mu bramek, a z tego napastnik jest rozliczany. Jak już zmienił pozycję, to było inaczej. Robi teraz dobrą robotę, ciężko pracuje i to owocuje. Jakby został napastnikiem, to nie wiadomo jakby się potoczył jego los. Jestem szczęśliwy, że mogłem go poznać i z nim grać. Szkoda tylko, że jak już wyjechał do Niemiec, to nasz kontakt się urwał.

Utrzymujesz wciąż z kimś kontakt z Zagłębia?

- Z Iwańskim mamy kontakt do dziś. Czasami piszemy i rozmawiamy. Jak byłem w Krakowie jakiś czas temu, to spotkałem się z nim na kawę. Porozmawialiśmy o życiu i o tym, czym się aktualnie zajmuje. Otworzył własny biznes i skończył już karierę piłkarską.

Jak wspominasz czasy, kiedy mieszkałeś na ulicy Wrzosowej w Lubinie?

- Bardzo miło wspominam ten okres, jak tam mieszkałem. Świetne miejsce, trafiłem na ładny dom przy spokojnej okolicy. Porównując Lubin, a Kraków, to trochę przepaść. Tu nie było za bardzo co robić. W Krakowie natomiast piękny rynek, jest gdzie wyjść, więc nie ma co porównywać tych miast. Ja należę do osób, które lubią spędzać czas w domu, więc narzekać też oczywiście nie będę.

Jak więc spędzałeś wolny czas w Lubinie? Niedaleko Wrzosowej jest park z lasem czy np. jeździłeś do Wrocławia?

- Lubiłem spacerować koło Wrzosowej, obok był ładny las, mieliśmy takie małe centrum i nawet było tam kilka sklepów. Czasami jak miałem więcej wolnego czasu i nie było meczów, to jeździliśmy z kolegami do Wrocławia. W sumie to najbliższe takie większe miasto, więc było też co tam robić. Lubiliśmy spacerować po rynku i chodzić na zakupy. Na imprezy tam nie chodziłem, nie znałem dobrze ludzi oraz miasta, więc nie chciałem narobić sobie problemów.

Nie żałujesz, że odszedłeś z Zagłębia?

- Uważam, że wszystko co mnie w życiu spotyka ma jakiś cel. Niczego nie żałuję, zarówno dobrych jak i złych momentów. Wszystkie czynniki miały wpływ na to, kim jestem obecnie i kim dopiero będę. Staram się robić wszystko w życiu na sto procent. Jeżeli coś się nie udaje, to wiem chociaż, że próbowałem i nie mogę mieć do siebie pretensji.

Od zawsze lubiłeś się stroić? Twój ubiór był dość specyficzny.

- Nie będę ukrywał, bo nadal lubię (śmiech). Kocham hip-hop, więc też z tego czerpię wzór, chociaż jak byłem młodszy, to przykuwałem do tego większą uwagę. Przyznaję się, że dalej czasem lubię poeksperymentować.

Najwięcej wydałem na?

- Chyba ogólnie na ciuchy. Konkretna rzecz mi nie przychodzi do głowy, ale za czasów grania w piłkę lubiłem styl hip-hopowy. W Krakowie mieliśmy taki duży sklep, którego produkty ściągane były ze Stanów Zjednoczonych. Często go odwiedzałem (śmiech). Bardzo lubiłem 50 Cent, więc na nim wzorowałem swój styl.

Dlaczego często chodziłeś z opaską na głowie?

- U nas w Nigerii gwiazdy tak robią (śmiech). Oglądamy mecze, a później naśladujemy. Przeważnie ubierałem ją po meczu, bo na boisku raczej nikt nie pozwoliłby z nią grać.

Jak wspominasz mecze z Trabzonsporem? Mogły być szansą na większą karierę?

- Jestem pewien, iż każdy wychodząc na ten mecz był dumny. Mieliśmy możliwość zobaczyć, jak wygląda poziom tamtej ligi i zmierzyć się klasowymi piłkarzami. Moim zdaniem, zagrałem wtedy dobry mecz. Od czasu do czasu lubię włączyć sobie powtórkę, przypomnieć przebieg spotkania i powrócić do tych miłych chwil.

Która kontuzja miała największy wpływ na to, że nie udało Ci się zaistnieć w Polsce?

- Myślę, że na pewno ta pierwsza - pachwina. Wcześniej wszystko układało się zgodnie z planem i po mojej myśli. Trafiłem do podstawowego składu i zadomowiłem się w nim przez dłuższy czas. Myślałem wtedy, że kariera stoi przede mną otworem, trwało to dwa lata i niestety…

Byłeś bardzo dobry technicznie, szybki, a jednak pojawiały się głosy, że zbyt rzadko grałeś do przodu. Jak to ocenisz?

- Nie wiem skąd pojawiały się takie głosy. Ja zawsze staram się grać do przodu. W momencie, gdzie już nie mam wyjścia to wycofuje piłkę. Tego nauczyli nas w Nigerii, pierwsze podania zawsze mają iść do przodu, drugie w bok, ewentualnie w tył i w ten sposób starałem się grać. Jak wyczuwałem dużą presję, to wtedy wolałem zagrać przez tył, niż stracić niepotrzebnie piłkę.

Uważasz, że byłeś taką typową „10” której teraz w naszej lidze brakuje?

- Tego nie mogę powiedzieć. Jest dużo zawodników, którzy grają lepiej ode mnie, chociaż dobrze czułem się na tej pozycji i prawdą jest, że ciężko znaleźć zawodnika na „10” wyróżniającego się teraz w polskiej lidze.

Największy boiskowy atut? Szybkość? Technika? Strzał?

- Myślę, że wszystko miałem, ale mocnym punktem u mnie była technika.

Grając później w GKP Gorzów miałeś okazję zagrać przeciwko Zagłębiu – były wtedy jakieś dodatkowe emocje?

- Zawsze jest tak, że jak gra się przeciwko byłemu klubowi, to adrenalina oraz emocję są większe i tak też było wtedy. Wyszedłem na boisko i chciałem pokazać klasę. Mimo wszystko, mam dobre wspomnienia związane z Zagłębiem. Podczas pobytu w Lubinie spotkałem wielu wartościowych ludzi. Miałem dobre relacje z prezesem i na pewno zawsze miło go będę wspominał. Z zawodnikami, z którymi dzieliłem szatnie również dobrze się dogadywałem, a to jest dla mnie bardzo ważne.

W Zagłębiu grali także inni Nigeryjczycy. Shakpoke, Bassey – znałeś ich?

- Nie miałem okazji ich poznać. Jeżeli chodzi o zawodników z Nigerii, to bardzo dobrze znałem Davida Abwo. Poznaliśmy się osobiście, a nawet mieliśmy podjąć współpracę. Niestety coś nie wypaliło. Wiem, że też miał problem w Zagłębiu i miałem mu załatwić grę w Jagielloni, ale trafił jednak do Turcji.

Co dzisiejszy Sunday poradziłby temu z czasów gry w Zagłębiu?

- Powiem tak, w Zagłębiu byłem i niedługo po tym odszedłem, bez większej historii. Niestety nie zanotowałem wystarczającej ilości minut na boisku. Zagrałem kilka meczów i doznałem kontuzji. Życzyłbym sobie na pewno zdrowia, żeby właśnie ominąć tę kontuzję. Przyjeżdżając do Lubina miałem swój plan, posiadałem doświadczenie i chciałem pokazać jeszcze więcej. Niestety nie miałem już okazji. Jak nie uraz, to problemy z trenerem. Żałuję teraz, że nie mogłem dać z siebie wszystkiego i pokazać, jakim byłem zawodnikiem i co mogłem wnieść do drużyny.