Daniel Dyluś | Obserwuję Zagłębie i ta drużyna jest najbliższa mojemu sercu 23 maj

Daniel Dyluś | Obserwuję Zagłębie i ta drużyna jest najbliższa mojemu sercu

Dziś w ramach cyklu #75latZL zapraszamy Was do zapoznania się z sylwetką Daniela Dylusia, kolejnego zawodnika, który w przeszłości reprezentował barwy KGHM Zagłębia Lubin. W obszernym wywiadzie przeczytacie m.in. o karierze w Zagłębiu, jego zagranicznych przygodach oraz o tym, dlaczego po zakończeniu kariery nie zdecydował się zostać przy piłce nożnej.

23 maj 2021 11:00

Fot. Zagłębie Lubin S.A.
Autor Zagłębie Lubin S.A.

Udostępnij

Inne

Panie Danielu, chciałbym zacząć tak standardowo. Jak Pan wspomina swoje dzieciństwo? Dla dzisiejszych dzieci i młodzieży życie bez komórek i Internetu jest nie do wyobrażenia, prawda?

- Dokładnie, nie do wyobrażenia. Dlatego nam się udało. Gdybyśmy mieli komputery oraz tę elektronikę, którą dziś ma młodzież i dzieci, to połowa z nas nie miałaby szansy zaistnieć w sporcie. Po prostu zajęlibyśmy się tym wszystkim. W moich czasach było dość ubogo. Nie było komórek więc jedyną atrakcją było dla nas podwórko, gra w piłkę czy jeżdżenie na łyżwach. Sam w czasach szkoły podstawowej startowałem w mistrzostwach Polski, w łyżwiarstwie szybkim na lodzie oraz w takiej dyscyplinie hokejowej zwanej “złotym krążkiem”. Człowiek rozwijał się sportowo ogólnie. Nie tylko w kierunku piłki nożnej. Robiliśmy praktycznie wszystko co można było robić na podwórku lub w szkole, na boisku, bo to wówczas były jedyne nasze atrakcje. To, co dziś powoduje, że młodzież odchodzi od czynnego ruchu i zabawy na świeżym powietrzu, nie było obecne w naszych czasach. To było bardzo szczęśliwe dzieciństwo, które spędziłem cały czas w ruchu, biegając i bawiąc się. W ten sposób rozwijaliśmy swoją sprawność.

Jak wyglądały początki Pana piłkarskiej kariery? Pamięta Pan, kiedy i z kim poszedł na pierwszy trening?

- To jest ciekawa historia, ponieważ na swój pierwszy trening poszedłem bez zgody rodziców. Oni nie mieli pojęcia, że ja zaczynam trenować piłkę nożną. Wynikło to z tego, że często graliśmy na osiedlu. Tworzyliśmy różnego rodzaju drużyny. Tak się złożyło, że niedaleko nas mieszkał jeden trener. Zobaczył, jak się prezentujemy i stwierdził, że moglibyśmy zacząć trenować w normalnym klubie jako trampkarze. Tak się to zaczęło, że bez wiedzy i zgody rodziców byłem na pierwszych i drugich zajęciach. Jak na tamte czasy, to selekcja była ogromna. Przyszło nas około sześćdziesięciu dzieciaków. Trenerzy podzielili nas na grupy i powodowało to, że musieliśmy swoje umiejętności bardziej pokazywać. Z czasem odpadało coraz więcej osób. Ja ostałem się w tej ostatniej grupie, której zaproponowano normalne treningi.

Człowiekiem, który coś we mnie zobaczył był trener Jerzy Uderski. To były lata 70. a on skończył wówczas AWF i miał trenera pierwszej klasy. To on zajmował się młodzieżą w Nysie. Jak każdy trener z takimi papierami, miał możliwość prowadzenia pierwszego zespołu, który w tamtym czasie grał na pograniczu czwartej ligi. Czasami udało się awansować. Później był spadek i tak to się mniej więcej odbywało.

Czy pamięta Pan jak wyglądały ówczesne treningi na poziomie juniorskim?

- Wówczas bardzo duży nacisk i uwagę kładło się na technikę, co z perspektywy czasu dało mi wielką satysfakcję. Kiedy już wszedłem w dorosłą piłkę, to byłem bardzo zdziwiony, jak mi te wszystkie zajęcia techniczne pomogły. Początkowo zajęcia były statyczne. Później te ćwiczenia stawały się dużo bardziej dynamiczne, w biegu, w parach. Trener Uderski miał taką wiedzę i wyobraźnię, że wpajał nam te techniczne, proste, podstawowe rzeczy. Przyjęcie w biegu, z odejściem od przeciwnika, ze zmianą kierunku biegu. Wszystko to, co dziś jest podstawą, dla mnie już wtedy nią było.

Swoje pierwsze kroki w piłkarskiej karierze stawiał Pan w barwach Stali Nysa, prawda?

- Dokładnie. Wówczas funkcjonował taki przepis, że w drużynie seniorów musi grać jeden młodzieżowiec/junior. Wraz z czasem i tym jak dorastałem, jako jeden z wyróżniających się zawodników, zacząłem trenować jako wspomniany junior z pierwszym zespołem Stali Nysa. Przepis wymagał, że musiałem grać przez co najmniej 45 minut. Wówczas było nas dwóch juniorów, ja oraz Dariusz Michaliszyn, który również miał okazję grać dla Zagłębia Lubin. Darek był ode mnie młodszy i bardzo często grywał w kadrze województwa. Wówczas gra w kadrze była ogromnym wyróżnieniem. Nie było łatwo załapać się do drużyny. Trzeba było być bardzo wyróżniającym się zawodnikiem.

Miał Pan okazję zagrać w kadrze wojewódzkiej?

- Niestety nie. Pamiętam, że kiedyś jak przyjechałem do Nysy, to spotkałem się z trenerem Uderskim. Chciałem mu podziękować za wszystko. Jestem smakoszem, więc kupiłem solidne francuskie wino. Spotkaliśmy się po jakichś trzydziestu latach i mieliśmy okazję porozmawiać. Trener powiedział mi, że wielokrotnie rozmawiał z trenerem kadry województwa, żeby mnie wziął chociaż na jakieś konsultacje, ale ten pozostawał nieugięty.

Inaczej wyglądała sytuacja mojego kolegi, który był rok młodszy ode mnie. Ja grałem już wtedy z seniorami, a on wciąż występował w juniorskich zespołach, bo był jeszcze za młody. To jednak Darek miał kilkadziesiąt występów w kadrze województwa i występy w mistrzostwach Polski. Przyznam się, że byłem wtedy trochę obrażony, ale jednak robiłem swoje.

Czy dziś młodzież ma łatwiejszą drogę do tego, żeby zostać piłkarzem?

- Myślę, że sportowo tak jest. Przede wszystkim dzięki tym wszystkim obiektom sportowym. Mam tu na myśli np. właśnie Zagłębie Lubin, gdzie jest to wręcz wzorcowe. Do tego dochodzą oczywiście możliwości sprzętowe, czyli większy dostęp do niego, wyjazdy na obozy i sprawdzanie się w różnych rywalizacjach. Pod tym względem na pewno jest im łatwiej, ale brakuje im jednego - chęci i mentalności. Przez sport można bardzo dużo osiągnąć. Nie tylko przez komputer. Dziś świat jest inny. Ja musiałem jeździć na treningi na rowerze lub chodzić na piechotę trzy czy cztery kilometry przez całe miasto. Kiedy jeździłem na obóz sportowy w okresie zimowym, to wracając po dwóch tygodniach musiałem przez cały miesiąc nadrabiać materiał i wszystko zaliczać. Obozy były poza okresem ferii, więc szkoły nie interesowało, że ja jestem jakimś sportowcem. Inna sprawa była, kiedy odbywały się zawody sportowe międzyszkolne. Wówczas to mnie pierwszego wzywali. Ja musiałem grać, bo zagrożono, że nie pozwolą mi trenować w klubie sportowym.

Nie brzmi to najlepiej. Szkoła powinna jednak wspierać pasje swoich uczniów.

- Raz zdarzyła się taka sytuacja, że będąc jeszcze w szkole podstawowej udało nam się zdobyć mistrzostwo województwa. Z łyżwiarstwa była wyodrębniona taka dyscyplina jak “złoty krążek”. Było to pięć konkurencji, które trzeba było wykonywać na lodzie. Między innymi slalom z krążkiem, jazda tyłem, wyścig wokół lodowiska i strzał na bramkę. Podczas takich zawodów ściągano chłopaków do klubów hokejowych na Śląsk. Nam się udało zdobyć wówczas mistrzostwo, ale proszę sobie wyobrazić mój cykl treningowy, bo o to mi chodzi. Na trzy tygodnie przed tymi zawodami szkoła zwolniła nas z części zajęć. Rano o 8 byliśmy na treningu, o godzinie 9 już na lodzie. To trwało aż do południa i od godziny 12 do 14 byliśmy na lekcjach w szkole. O godzinie 16 zaczynałem trening piłkarski, który trwał dwie godziny i na koniec o godzinie 20 ponownie trenowaliśmy na lodzie. No i musiałem tak funkcjonować, bez czasu na nic innego, bo szkoła sprawę postawiła jasno. Nie będziesz dla nas grał, to nie damy Ci zgody na trenowanie w klubie piłkarskim. Do domu wracałem tak zmęczony, że szedłem się umyć i od razu spać.

Czyli reasumując, można powiedzieć, że warunki są dużo lepsze, ale brakuje im tego charakteru i samozaparcia?

- To są po prostu inne światy i inne możliwości. Dziś są oczywiście zdecydowanie większe. Jedynie ten wirtualny świat tak zawładnął młodzieżą. Mi udało się skończyć wychowanie fizyczne i przez dwa lata uczyłem w szkole. Byłem tym mocno zafascynowany, ale niestety, to jest bardzo ciężka praca, żeby te dzieci odciągnąć od komputerów. Dla mnie dużą satysfakcją było to, że kiedy uczniowie odchodzili z gimnazjum, w którym uczyłem i czasami gdzieś się kiedyś spotykaliśmy, to mówili, że takiego nauczyciela wf-u nigdy nie mieli. Dużo swojego czasu, także wolnego, poświęcałem tej pracy. Zorganizowałem nawet dwie klasy sportowe o profilu piłka nożna. Później jak patrzyłem na to wszystko i porównywałem ich z moim pokoleniem, to mogę stwierdzić, że wychowanie fizyczne dzieci i młodzieży jest obecnie dramatyczne. Sport wymaga wysiłku i systematyczności. Większość woli jednak usiąść i do późna grać na komputerze.

Pierwszym profesjonalnym klubem w Pana karierze stała się Gwardia Szczytno. Klub położony na drugim końcu Polski, patrząc z perspektywy Nysy. Jak Pan trafił aż na Mazury?

- Zanim trafiłem do Gwardii, to przyszedł taki moment, że trzeba było iść do wojska. Dziś obowiązkowa służba jest już abstrakcją, ale wówczas trzeba było iść tam na dwa lata. Polonia Nysa miała wówczas takie możliwości, że w tej miejscowości były jednostki i tam można było mnie wcielić do wojska. Ja tam miałem tylko spać, przychodzić na treningi, czy czasami pojechać na jakiś poligon. Tak się jednak złożyło, że miałem kolegę w Szczytnie, w Wyższej Szkole Oficerskiej Policji. To był kolega z podwórka, z którym graliśmy dużo w czasie wakacji. Któregoś razu przyjechał do Nysy i mówi do mnie, że skoro idę do wojska, to żebym przyjechał do Szczytna, gdzie też jest drużyna piłkarska, ale już w trzeciej lidze. Mówił wtedy do mnie, że tam mogę sobie zrobić obowiązkową służbę wojskową i przy okazji będę grał na wyższym poziomie rozgrywkowym.

To musiała być pewnie trudna decyzja. Długo się Pan nad tym zastanawiał?

- Decyzja zapadła praktycznie w ciągu dwóch dni. Spakowałem się, wziąłem walizkę, a rodziców poinformowałem, że jadę załatwić sobie grę w klubie. Szczytno było na drugim końcu Polski, około 580 kilometrów, a przecież mogłem zostać w Nysie i grać blisko domu. Pojechałem tam jednak i po tygodniowych treningach zapadła decyzja, że jestem przydatny. Bardzo chcieli, żebym został. W międzyczasie złożyłem też papiery na AWF do Wrocławia. W tamtych czasach, żeby dostać się na Akademię Wychowania Fizycznego, trzeba było mieć końskie zdrowie. Niestety, los tak chciał i komisja lekarska stwierdziła, że mam krzywą przegrodę nosową. Dopiero jakbym zrobił operację, to mógłbym przyjść tam na kolejny rok. No i nie było wtedy nic do gadania. Nawet mimo tego, że moje nazwisko już się przewijało wśród regionalnych, trzecioligowych zespołów jak AWF Wrocław, Pafawag czy Ślęza. Nie miałem jednak innego wyjścia i zameldowałem się w Szczytnie.

Pana przygoda z Zagłębiem zaczęła się w 1987 roku. Jak wyglądały kulisy Pana przenosin do Lubina?

- To była dość śmieszna sytuacja. Z perspektywy czasu można to nazwać nawet kabaretem. Wyglądało to tak, że pierwszy rok w Szczytnie wypadł mi bardzo przyzwoicie. Podczas drugiego byłem już wyróżniającym się zawodnikiem. Miałem wówczas propozycje z czterech klubów drugoligowych i trzech pierwszoligowych. Przez ostatnie pół roku w Gwardii miałem czas na wybór kolejnej drużyny. Część tej decyzji należała do działaczy ze Szczytna, bo trzeba pamiętać, że był to klub policyjny, dlatego w ofertach przewijały się takie kluby jak Olimpia Poznań, Błękitni Kielce, rozmawiałem także z Chrobrym Głogów. W którymś momencie chciano mnie pchnąć w takim kierunku, bo dzięki współpracy był taki nacisk. Z drugiej strony działacze ze Szczytna chcieli na mnie trochę zarobić, więc nie było im na rękę, żebym przeszedł do klubu policyjnego.

No i doszło do śmiesznej sytuacji. To była zima, chyba styczeń. Byłem na treningu. Przy okazji powiem, że tam też poznałem wspaniałego człowieka, trenera Stanisława Adaszyńskiego, który jest dla mnie numerem dwa, który pokazał mi kolejny etap w rozwoju piłkarskim. Pamiętam, że wezwał mnie wtedy do siebie. Wszedłem do jego biura, a w środku siedział ś.p Alojzy Jargus. Dla mojego pokolenia to była sławna osoba. Jedyny Polak, który sędziował na Mistrzostwach Świata i najlepszy polski sędzia. To było wtedy spotkanie drobnego piłkarza z bardzo znaną piłkarską osobistością. No i wtedy, to tak śmiesznie brzmiało, ale padło po prostu hasło, że jadę do Zagłębia Lubin. Dla mnie oczywiście był to o wiele lepszy wybór niż Olimpia Poznań, mimo że tam praktycznie byłem już umówiony na podpisanie kontraktu. No, ale przyjechał Pan Jarguz, spakowali mnie do Poloneza i zawieźli do Lubina. Takie były kulisy. Lubię się śmiać, że wsadzili mnie do worka i zabrali ze sobą.

Pana pobyt w Lubinie chciałbym podzielić na dwa etapy – przed i po wypożyczeniu do Miedzi. Na początku zapytam o pierwszą część. Jak Pan wspomina pierwsze lata po przejściu do Lubina?

- Trochę pechowo trafiłem z moimi przenosinami do Lubina, ponieważ wówczas na Zagłębie został nałożony zakaz transferowy, przez co praktycznie od lutego do czerwca 1987 roku nie mogłem grać w oficjalnych spotkaniach pierwszego zespołu. Mimo że z nimi trenowałem, jeździłem na ligowe mecze, nawet siedziałem na ławce, to jednak nie mogłem zagrać. W Zagłębiu wówczas trenerem był Grzegorz Szerszenowicz. Od czerwca już regularnie podpatrywałem starszych, bardziej doświadczonych kolegów. Starałem się budować swoją pozycję w zespole i walczyć o to, żeby wyjść na boisko i pokazać swoje umiejętności.

Wspomniał Pan, że przez prawie pół roku nie mógł grać w pierwszym zespole. Co Pan robił przez ten okres?

- Na szczęście mogłem grać w drugim zespole. Dodatkowo oczywiście trenowałem i jeździłem na obozy z pierwszą drużyną. Mogłem również występować w meczach sparingowych. Jedyne czego nie mogłem zrobić, to zagrać w oficjalnym spotkaniu ligowym. Również przez ten okres starałem się podglądać lepszych i bardziej doświadczonych kolegów, bo wiedziałem, że już od czerwca będą w pełni rywalizował z nimi o miejsce w składzie.

Jak wyglądała wówczas baza treningowa i infrastruktura klubu?

- Udało mi się trafić na okres, kiedy był już nowy stadion. Na starym boisku mieliśmy treningi. Pamiętam, że przebieraliśmy się jeszcze w tych starych szatniach. Przyznam szczerze, że nie było wielkiego szoku jak to wszystko zobaczyłem. No, ale mimo wszystko, jak się patrzyło na stadion i jak człowiek patrzył na to całe środowisko, to było fajne uczucie. Kibice byli bardzo zafascynowani i zacięci, jeżeli chodzi o Zagłębie. Przyznaję, że wówczas poznałem inny świat. Dla mnie to był przeskok na głęboką wodę. Przejście z trzeciej ligi do pierwszej, to jest jednak spora różnica. Dodatkowo otaczali mnie bardzo doświadczeni zawodnicy jak Eugeniusz Ptak czy Romuald Kujawa. Dla mnie to były boiskowe autorytety. Oczywiście nie tylko oni. Od nich można było się nauczyć taktyki, dyscypliny i takich niuansów, które na poziomie trzeciej ligi raczej się nie pojawiały.

Ja miałem dużo do nadrobienia, więc systematycznie na każdych zajęciach starałem się uczyć tego wszystkiego. Pod względem całej bazy klubowej, to nie było jak teraz, że do dyspozycji jest kilka boisk, tylko były dwa. Klub też mocno stał finansowo i nigdy nie było problemów z jakimiś wyjazdami czy obozami. Wszystko było dobrze zabezpieczone.

Jak sytuacja wyglądała później? Mam na myśli okres od wspomnianego czerwca 1987 roku do momentu wypożyczenia do Miedzi Legnica.

- W sezonie 87/88 zdarzył nam się spadek. Przegraliśmy mecz barażowy i musieliśmy od następnych rozgrywek walczyć o awans. Wówczas nastąpiła też tzw. zmiana warty i w klubie pojawił się ś.p trener Stanisław Świerk. Moim zdaniem wielka osobowość. To był tak specyficzny człowiek, że my czasami przeklinaliśmy, a czasami płakaliśmy przez niego ze śmiechu. Miał niesamowite wyczucie i inteligencję życiową. Potrafił spojrzeć na człowieka i już wiedział jak z daną osobą ma rozmawiać. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Każdy z nas dałby się za Świerka zabić. Mimo że była oczywiście rywalizacja, bo jedni grali i byli zadowoleni, a inni nie mieli wielu okazji na zaprezentowanie swoich umiejętności i było w nich takie sportowe niezadowolenie. O tych dwóch latach jakie spędziłem pod trenerem Świerkiem, to mógłbym rozmawiać godzinami.

Sportowo staliśmy wtedy na wysokim poziomie. Klub sprowadził ośmiu zawodników takich jak Janusz Kudyba, Jarosław Góra, Jarosław Bako czy Andrzej Wójcik. To byli dobrzy piłkarze i ciężko było wskoczyć do składu. W okresie, kiedy my spadaliśmy do ówczesnej drugiej ligi, ja strzeliłem jakieś pięć bramek jako wchodzący z ławki zawodnik. Liczyłem na to, że w kolejnym sezonie będę miał okazję grać w podstawowym składzie. Jednak Ci zawodnicy, którzy wówczas trafili do Zagłębia byli bardzo mocni i trudno było wskoczyć do składu. Myślę, że było wówczas szesnastu czy osiemnastu graczy, z których żaden nie odstawałby umiejętnościami na boisku. Trener miał duże możliwości manewru i postawił na określony skład.

Czy to wówczas pojawił się pomysł wypożyczenia do Miedzi Legnica?

- Ja wówczas wchodziłem na końcówki meczów. Grałem po 15, 20 czy 30 minut i z Marcinem Cilińskim byliśmy takimi pierwszymi wchodzącymi z ławki, czy to do pomocy, czy do ataku. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że mając 23 lata, albo muszę zacząć częściej grać, albo muszę odejść, bo granie “ogonów” mija się z celem. Porozmawiałem wtedy z trenerem Świerkiem i przedstawiłem moje stanowisko. Trener przyznał mi rację, zgodził się ze mną. Ja wtedy powiedziałem, że chciałbym iść do Miedzi, bo tam jest druga liga i tam lepiej się ogram niż wchodząc na końcówki spotkań w Zagłębiu. Generalnie wyszła z tego dość śmieszna i kuriozalna sytuacja, bo po tym jak zebrał się zarząd, to przeciwnikiem mojego odejścia był...właśnie trener Świerk. No, ale ostatecznie postawiłem na swoim i w ramach współpracy oddano mnie do Miedzi na wypożyczenie.

Jak wyglądała w tamtych czasach współpraca między tymi klubami? Dziś z Miedzią łączą nas raczej neutralne stosunki.

- Wówczas ta współpraca była o wiele bardziej korzystna dla Miedzi. Ta współpraca polegała na tym, że zawodnicy, którzy się wyróżniali, ale nie mieli większych szans na grę w pierwszym zespole, trafiali na wypożyczenie do Legnicy. Tak było lepiej dla zawodnika, który zamiast być którymś z kolei wyborem na swoją pozycję lub zamiast grania w IV-ligowych rezerwach mógł ograć się w drugiej lidze. Przykładem może być Sławomir Wałowski, moim zdaniem bardzo dobry stoper, który w którymś momencie stracił pozycję w składzie. Na środku obrony wówczas byli Romuald Kujawa, Andrzej Wójcik czy Zdzisław Pietrzykowski i nie było dla niego miejsca. Wtedy zdecydował, że zamiast wspomnianej już gry w czwartej lidze wybierze grę w Legnicy.

Miedź wówczas awansowała na zaplecze pierwszej ligi i stopniowo zaczęli się tam pojawiać kolejni zawodnicy Zagłębia, jak np. Dariusz Baziuk. Dla Miedziowych było to korzystne z tej strony, że nie musieli trzymać w składzie tylu zawodników, a wciąż istniała szansa na to, że któryś z wypożyczonych piłkarzy w drugiej lidze odpali.

Grając dla Miedzianki wywalczył Pan z zespołem Puchar Polski. Natomiast w lidze został Pan królem strzelców (19 bramek). Jak wspomina Pan grę dla legnickiego klubu?

- Kiedy trafiłem do Miedzi, to klub znajdował się w strefie spadkowej. Jeżeli mnie pamięć nie myli to wówczas zajmowali przedostatnie miejsce w tabeli. To była wiosna sezonu 89/90. Z Lubina do Legnicy trafiło nas kilku zawodników i trzymaliśmy się razem. Było ciężko, ale ostatecznie udało się wywalczyć utrzymanie. Mi udało się w jednej rundzie strzelić siedem czy osiem bramek. Padło wtedy pytanie czy wracam do Zagłębia, które wówczas zdobyło przecież wicemistrzostwo. No, ale zacząłem myśleć nad tym i doszedłem do wniosku, że jak wrócę, to znowu będzie mnie czekała ławka. Mimo że zbierałem dobre opinie, to przecież wciąż była druga liga. Ostatecznie stwierdziłem, że zostaję w Miedzi na kolejny sezon.

Przyznam, że trochę szkoda, bo grając w Legnicy, jednocześnie oglądałem jak koledzy z Lubina zdobywają dla Zagłębia pierwsze mistrzostwo Polski. No, ale szczerze mówiąc, to wolałem być królem strzelców w Miedzi niż zawodnikiem Miedziowych z mistrzostwem na koncie, który zagrał tylko jakieś 100 minut. Z perspektywy czasu oceniam to pozytywnie, choć wtedy oczywiście miałem takie myśli, że przecież mogłem tam być. Zdobyć mistrzostwo, zagrać z Bolonią w pucharach. No, ale wyszło jak wyszło.

Kiedy koledzy z Zagłębia zdobywali mistrzostwo Polski, Pan również nie próżnował. Został Pan królem strzelców drugiej ligi, ale jednocześnie z Miedzią zaliczyliście wspaniałą przygodę w Pucharze Polski.

- Dokładnie. Proszę sobie wyobrazić, że w rozgrywkach pucharowych zdobyłem jeszcze 8 bramek, więc ten dorobek bramkowy ówczesnym sezonie był spory. Doszedłem wtedy do wniosku, że chyba potrafię grać. Musiałem wtedy podjąć ważną decyzję. Kiedy z Miedzią biliśmy się w czubie tabeli o potencjalny awans, ja miałem na stole propozycje z trzech klubów. Oczywiście między innymi z Zagłębia. Od razu założyłem, że ja w Lubinie chcę zostać. Miałem tam mieszkanie, wszystkich znałem i nie bardzo chciałem się wtedy przenosić. Spotkałem się wtedy z prezesem i szybko doszliśmy do porozumienia. Nie chodziło oczywiście o pieniądze, tylko po prostu chciałem wrócić i udowodnić niektórym, że Dylusiowi warto było dać szansę. Dla mnie wtedy to była duża satysfakcja. Mimo że to ja chciałem odejść, to te półtorej roku nie zmarnowałem, tylko podniosłem swoje umiejętności. Z zawodnika, który był nisko w hierarchii stałem się takim piłkarzem, którego Zagłębie chciało u siebie zatrzymać.

Po wywalczeniu Pucharu, wrócił Pan do Zagłębia. Jednocześnie ominął Pana mecz z AS Monaco. Żałuje Pan, że tak to się potoczyło?

- W tym przypadku pod uwagę trzeba wziąć jedną rzecz. Mecz z AS Monaco miał się odbyć po tym jak kluby zaczynały ligę, więc ja miałem do wyboru dwie drogi. Pierwszą z nich było AS Monaco i zostanie w Miedzi. Nie mógłbym być w Lubinie, bo przecież byłbym zgłoszony do gry w Legnicy. Wówczas w trakcie trwania sezonu nie mogłem przejść do innego klubu. Wtedy to jeszcze tak nie działało. Dopiero w zimie mógłbym wrócić do Zagłębia. Drugą opcją był oczywiście powrót do mojego macierzystego klubu i gra w pierwszej lidze. No i wiadomo na co się zdecydowałem.

Z moim powrotem do Lubina wiąże się jeszcze ciekawa historia, bo na spotkaniu z trenerem padło pytanie z kim ewentualnie chciałbym grać. Wówczas pojawił się w Lubinie trener Janusz Płaczek i ś.p Ryszard Panfil. Doszło do zmiany warty, odmłodzenia zespołu i wtedy ja powiedziałem, że jest taki zawodnik, z którym chciałbym grać. Nazywa się Dariusz Baziuk i gra również w Miedzi. Powiedziałem, że dobrze nam się razem współpracowało i że mógłby w Lubinie pomóc.

Wracając jeszcze do meczu z AS Monaco. Za to, że razem z Darkiem Baziukiem trafiliśmy do Zagłębia, klub zorganizował bezpłatnie całą oprawę meczu pucharowego Miedzi, bo odbył się on w Lubinie. Co ja mogłem wtedy zrobić? No wybrałem pierwszą ligę, bo to mi się bardziej opłacało. Mimo że mecz z AS Monaco to by było jednak coś. Grali tam wówczas tacy zawodnicy jak Jürgen Klinsmann czy Jean-Luc Ettori.

Po powrocie do lubińskiej drużyny strzelił Pan 15 bramek, między innymi słynnego hat-tricka ze Śląskiem Wrocław. Czy drugi etap Pana przygody z Zagłębiem był lepszy?

- Drugi etap w Zagłębiu był zdecydowanie inny. Przede wszystkim ja byłem już w miarę ukształtowanym i ułożonym zawodnikiem. Nie miałem już żadnych kompleksów, bo przez te półtorej roku w Miedzi nabrałem pewności siebie. Dużo się tam nauczyłem. Nie ukrywam, że pod względem fizycznym, to trener Fiutowski nas bardzo dobrze przygotował.

Wracając do Zagłębia, to przyznam, że był to okres, kiedy miałem jeszcze nadzieję na debiut w reprezentacji. W dzisiejszych realiach myślę, że jak się ma napastnika, który w rundzie strzela 12 bramek, to mógłby on dostać chociaż małą szansę. Wówczas doszedłem do wniosku, że skoro teraz się nie udało, to co ja mogę jeszcze osiągnąć w wieku 27 czy 28 lat. W teorii mogłem celować w rozegranie 100, 200 czy więcej meczów w lidze, tylko że nie miałem już do tego motywacji. Zagłębie grało wówczas na poziomie środka tabeli. Nie było żadnych spadków, awansów. Odeszło sporo zawodników i strefa pucharowa nam nie “groziła”. Zespół był w przebudowie. Ja z racji doświadczenia i wieku starałem się ciągnąć grę oraz strzelać bramki. Pojawiali się nowi, młodzi zawodnicy jak Jędrzej Kędziora, Emil Nowakowski, Lesław Grech. Wówczas to my przyuczaliśmy ich do wszystkiego i przekazywaliśmy im wskazówki. W zespole został wtedy jeszcze Wadim Rogowskoj, Andrzej Wójcik, Krzysztof Koszarski na bramce, a reszta to byli Ci młodzi. Myślę, że ten będący w przebudowie zespół grał mimo wszystko na przyzwoitym poziomie.

Jak wyglądały kulisy Pana odejścia z Lubina?

- Tak jak przed chwilą mówiłem, Zagłębie grało wówczas w środku tabeli. Bez większej presji. Doszedłem do wniosku, że jestem już za starym zawodnikiem, żeby dostać szansę debiutu w reprezentacji, a wspomniana gra w środku stawki mnie nie interesuje. Tym bardziej, że znów dostałem dwie czy trzy propozycje z innych klubów. Między innymi pojawiła się oferta ze Śląska Wrocław. Doszedłem do wniosku, że zespół jest jaki jest, miejsce ma określone i nic mu nie grozi, a ja chciałem pograć w jakimś innym zespole. Mimo że miałem jeszcze jeden rok kontraktu, to podjąłem decyzję, że ten będzie ostatnim w barwach Zagłębia. Nie robiono mi żadnych przeszkód, bo mieliśmy taką dżentelmeńską umowę.

Wszystko szybko się potoczyło i po pewnym czasie byłem już praktycznie po wstępnych rozmowach ze Śląskiem Wrocław, gdzie trenerem był Stanisław Świerk.

Do Wrocławia jednak Pan nie trafił. Kolejnym zespołem, którego barwy Pan reprezentował stał się Sokół Pniewy.

- Tak się złożyło, że przed sezonem byłem na wakacjach i otrzymałem propozycję gry w Pniewach. We Wrocławiu miałem podpisaną przedwstępną umowę, ale do treningów jeszcze nie doszło. Brakowało tylko ostatecznego parafowania kontraktu. No i w pewnym momencie zadzwonił do mnie telefon i ktoś mówi do mnie, że prezes tego i tego klubu prosi mnie na rozmowę. Ja oczywiście odpowiedziałem, że nie jestem zainteresowany, bo przecież mam już ustaloną umowę. Osoba, z którą rozmawiałem bardzo nalegała i mówiła, że prezes prosił, żebym przyjechał, bo mnie długo obserwował. Nie musiałem żadnej decyzji podejmować, chodziło tylko o rozmowę. Ja starałem się wytłumaczyć mówiąc, że nie mam czasu. Na koniec dowiedziałem się tylko, że specjalnie po mnie przyślą samochód.

No i proszę sobie wyobrazić, że faktycznie w niedzielę rano pod mój dom w Lubinie podjechał Mercedes E500, co w tamtych czasach robiło wrażenie. Ja oczywiście zapomniałem o całej sytuacji, ale kierowca mówi, że przyjechał do mnie od “Pana Prezesa”. Ja byłem zdziwiony, ale ostatecznie pojechałem do Pniew. Rozmowa trwała około 15 minut i ostatecznie zdecydowałem się na grę dla tego zespołu. Sponsorem tego klubu był wówczas pewien miliarder przez co nazwa drużyny zmieniła się w czasie, kiedy tam grałem na Tygodnik Miliarder Pniewy. Co ciekawe, pojawiło się wówczas w Pniewach wielu nowych zawodników. Między innymi w Sokole miałem okazję grać z Tomkiem Hajto, z którym się kolegowaliśmy.

Jak wyglądał ten etap w pańskiej karierze?

- Patrząc na transfery i finanse jakie były w klubie, to śmiało można powiedzieć, że plany były duże. Celem było zameldowanie się w strefie pucharowej. Pod względem finansowym nie brakowało nam niczego. Obozy i wyjazdy nie były problemem. Badania i testy mieliśmy przeprowadzane na Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu. Mieliśmy sprawdzaną krew, zakwaszenie organizmu czy nawet sposób odżywiania się. No śmiało powiem, że to był poziom Bundesligi.

W Pniewach zameldowałem się teoretycznie na dwa lata, ale po roku czasu zobaczyłem, że jest to jednak pomyłka pod względem czysto sportowym. Tam był duży konflikt związany z zawodnikami, którzy do I ligi awansowali. Okazało się, że prezes ściągnął z Warty Poznań trenera i aż ośmiu zawodników. A przecież oni jeszcze niedawno rywalizowali w jednej grupie, w II lidze. Tym bardziej, że ta rywalizacja była dość ostra i były z tego problemy. To wszystko powodowało, że potencjał był, ale atmosfera była nerwowa. Ja się czułem jakbym był między młotem a kowadłem, bo raz mnie jedna, raz druga frakcja chciała do siebie przyciągnąć. Ja wtedy powiedziałem wprost, że przyszedłem tu w piłkę grać, a nie dyskutować kto jest skąd i jakie ma zadry z przeszłości.

To wszystko przyspieszyło Pana odejście z Pniew?

- Po roku poszedłem do prezesa i powiedziałem mu, że cele są, ale plany nie wypaliły. Miałem dość gry w pierwszej lidze, w Polsce. Powiedziałem mu też, że dla mnie to już nie jest żadne wyzwanie, ale mimo że liczyłem, że tutaj coś jeszcze uda się osiągnąć. Ostatecznie poprosiłem go, żeby mnie sprzedał gdzieś zagranicę. Po prostu nie chciałem iść wtedy do żadnego polskiego klubu. Prezes się zgodził. Trzy miesiące później graliśmy u siebie z Legią. Po spotkaniu podchodzi do mnie prezes i mówi do mnie, że na meczu byli działacze z Francji obserwować zawodnika Legii, którego chcieli ściągnąć. Okazało się, że bardzo im się spodobałem i chcieliby mnie w Valenciennes. No i w ten sposób trafiłem do Francji.

No właśnie. Udało się Panu zwiedzić trochę świata podczas swojej kariery, ale to był Pana pierwszy zagraniczny klub. Jak wspomina Pan grę dla francuskiego Valenciennes?

- Użyję tutaj porównania, żeby można to sobie wyobrazić. Jest Pan w kraju, w którym panuje kryzys i niestety bieda, choć może w regionach przemysłowych jeszcze to jakoś wyglądało. No i nagle trafia Pan do świata pełnego kolorów. Kiedy zobaczyłem boiska treningowe, całe centrum przygotowań młodzieżowe, czyli jakieś dwanaście boisk. Jak zobaczyłem stadiony mieszczące po 30 czy 40 tysięcy ludzi, a jednocześnie praktycznie ciągle zapełnione. Jak zobaczyłem tych wszystkich ludzi działających przy klubie. To było coś. Sportowo może porównywalnie do Zagłębia Lubin, ale cała oprawa, infrastruktura i klimat były na innym poziomie. Trudno mi to do czegoś teraz nawet porównać.

W klubie przywitano mnie jak gwiazdę. Czekała na mnie telewizja. Z miejsca dostałem numer 10 na koszulce. Sponsorem drużyny było BMW więc dostałem też nowy samochód. Dodatkowo mogłem iść do sklepu, wskazać konkretne produkty i rzeczy, które ładowali na ciężarówkę i przywozili mi do domu. Mieszkałem w domku jednorodzinnym. Codziennie o 20 mieliśmy treningi. No, ale dopiero tutaj poznałem czym jest prawdziwy trening.

Jak wyglądały wówczas treningi we Francji?

- Na zachodzie nie było wówczas czegoś takiego jak obozy sportowe typu wyjazd na dwa tygodnie i bieganie po górach. Jak zobaczyłem intensywność treningu, to zrozumiałem, dlaczego nie potrzebują czegoś takiego. Czasami na treningu był taki wysiłek fizyczny, nazwę to wręcz rzeźnią, że nie raz mecze łatwiej nam przychodziły i mniej się człowiek zmęczył niż podczas jednostek treningowych. Co ciekawe, tam nikt nikogo nie musiał namawiać do treningów. Nie było żadnego odpuszczania. Od momentu pierwszego gwizdka trener nie musiał nic mówić. Pokazał ćwiczenia, takie, takie i takie, no i jedziemy. Jak zaczynał się trening, to trwał do momentu aż komuś jelita na wierzch nie wyszły.

Przypominam sobie taki trening. Raz na dwa tygodniem mieliśmy taką pętlę i biegaliśmy. To było około pięciu kilometrów. Każdy biegł swoim tempem. Ja na początku nie wiedziałem o co chodzi. Widziałem, że szykujemy się na trening, zakładamy zwykłe adidasy i jedziemy autobusem nad takie jezioro w lesie. Wysiedliśmy i zazwyczaj jak padnie hasło trening to się rozgrzewamy i powoli wchodzimy na pewną intensywność. Pamiętam, że było wtedy bardzo sucho. Nagle padło hasło, a wokół mnie podniósł się taki kurz, że zanim on opadł, to ja już nikogo nie widziałem. Zacząłem się zastanawiać co to się stało. Okazało się, że na dany znak wszyscy ruszyli prawie jak w biegu na 100 metrów. Jak ja wystartowałem, to oni majaczyli mi gdzieś na horyzoncie. No, ale oni nie wiedzieli, że ja trenowałem wcześniej pod trenerem Fiutowskim.

Rozumiem, że śmiało mogę założyć, że Pana koledzy z drużyny byli mocno zaskoczeni po tym treningu?

- Ogólnie, podobnie jak dziś, wtedy trzeba było być dwukrotnie lepszym od miejscowych, żeby trafić do jakiegoś zagranicznego klubu. Inaczej po prostu im się to nie opłacało. No i oni wtedy chcieli mi coś udowodnić. Zobaczyli, że przyjechał jakiś Polak, który ma już 28 lat. Biegło nas dwudziestu czterech i jak zacząłem ich gonić, to jakiś kilometr przed końcem dwóch z nich przez wysiłek wymiotowało. Co najważniejsze, to tutaj nikt nikogo nie poganiał. To po prostu było do przebiegnięcia. No, ale ostatecznie na metę przybiegłem siódmy. Pewnie gdybym wiedział, jak to ma wyglądać, to bym nawet wygrał. Nawet dostałem oklaski. Oni myśleli, że w tym wieku, to ja przybiegnę na szarym końcu z bramkarzami i masażystą.

A jak wyglądało to od strony sportowej?

- Pod względem piłkarskim i technicznym to był zupełnie inny poziom. Zdecydowanie wyższy. Przytoczę dla przykładu pewną historię. Przyleciałem samolotem na trzy dni, żeby podpisać kontrakt. Przywieźli mnie do klubu i tam oczywiście odbyła się konferencja prasowa oraz cała ta otoczka transferowa. No i do samolotu powrotnego zostały mi trzy dni. No, ale nie nudziłem się przez ten czas, bo poproszono mnie o ciekawą rzecz. Mianowicie przez te trzy dni miałem popracować z młodymi zawodnikami, bo byłem nową gwiazdą, świeży transfer i to by ich z pewnością podbudowało. Oczywiście się zgodziłem, jednocześnie śmiejąc się, że do klubu trafię w pełni przygotowany po zaliczeniu trzydniowej jednostki treningowej.

Na trening poszedłem do grupy chłopców w wieku około 14 lat. Kiedy ustawili ćwiczenia, różnego rodzaju pachołki, to okazało się, że dla nich nie ma znaczenia czym mają zagrać. Lewa noga, prawa noga, głowa, ucho, wszystko potrafili zrobić. Ja tak na nich wtedy popatrzyłem i zacząłem sobie w głowie myśleć o tym wszystkim. Mam wiodącą prawą nogę i całkiem przyzwoitą lewą, ale byłem w szoku jak zobaczyłem co Ci chłopcy robią. Zrobiłem jedno ćwiczenie, drugie i przy trzecim zacząłem buta wiązać, bo jakby ta młodzież zobaczyła co ja z lewą nogą robię, to by był wstyd. Próbowałem się nie angażować w ćwiczenia, stawałem na końcu i przepuszczałem ich, ale oni koniecznie czekali na to co ja pokażę. No i wiadomo, że prawą nogą wszystko idealnie, z główki też dobrze mi szło, ale lewa noga szkoda gadać. Dryblingi między pachołkami, jakieś wycofania, odbicie i wyjście na pozycję. No mówiłem sobie wtedy, że to jest wstyd. No i tak to pod względem technicznym i sportowym wyglądało.

W Valenciennes spędził Pan pół roku?

- Byłem tam dłużej. Zagrałem tam cały jeden sezon i miałem wciąż kontrakt na kolejny. No, ale pewnego razu przyszli do mnie działacze i powiedzieli, że nie mają sponsorów przez co klubowi grozi bankructwo. Ja miałem tam wówczas najwyższy kontrakt. W związku z tym poproszono mnie, żebym zmniejszył swoją umowę o połowę lub 1/3. W moim kontrakcie była wówczas klauzula, która sprawiała, że po roku podwyższała moje zarobki jeszcze od 25%. No, ale oni mówili, że sytuacja jest trudna i po prostu finansowo nie są w stanie tego ogarnąć. We Francji jest to poukładane i jeżeli klub nie ma zabezpieczenia finansowego na start w danych rozgrywkach, to nie jest on do nich dopuszczany. Między innymi z takimi problemami zmagała się m.in. Olympique Marsylia, która po spadku nie mogła awansować, bo takiego zabezpieczenia nie miała.

Wracając do mnie, to działacze zaproponowali mi taki układ, ale ja powiedziałem “nie”. Moje sprawy prowadził wtedy Tadeusz Fogiel, który proponował mi inne kluby mogące mi zagwarantować takie warunki finansowe. No, ale sytuacja była taka, że córka akurat dorastała, poszła początkowo do francuskiej szkoły i musiałem zdecydować. Wracam do Polski lub zostaję, bo ona inaczej będzie miała inaczej problemy z zaliczeniami. No i wróciłem do kraju. Dogadaliśmy się z klubem i zostałem wolnym piłkarzem. Wtedy jeszcze prawo Bosmana nie działało, ale ja miałem swoją kartę na ręce i mogłem nią rozporządzać. W ten sposób żaden klub nie mógł mieć wobec mojej osoby roszczeń finansowych.

A jak wyglądało życie we Francji?

- Wspominałem, że jestem smakoszem wina. To właśnie we Francji wytłumaczono mi całą filozofię jaka za tym idzie. Wiązało się to z tym, że miałem bardzo sympatycznych opiekunów przez pierwsze pół roku. Starsze małżeństwo, które do Francji trafiło jako dzieci, bo ich rodzice wyemigrowali w okresie międzywojennym. Zresztą tam na północy była spora Polonia. Kiedy oni dowiedzieli się, że do Valenciennes trafił Polak, to ja nie mogłem się odpędzić. W tygodniu zapraszali mnie na spotkania. Z dziećmi na treningi przychodzili. Organizowali spotkania klubu kibica. Miałem tak napięty harmonogram, że chyba nawet prezydent USA takiego nie miał.

Zmierzam do tego, że Ci moi opiekunowie, u których początkowo jadałem obiady, starali się ze mną rozmawiać. To była taka łamana polszczyzna z naleciałością śląską, bo pochodzili z tamtych terenów. To oni pokazali mi Francję od wewnątrz, od takiego codziennego życia. Ja na początku nie rozumiałem ich kultury picia wina, a tu się okazuje, że to nasza polska jest jakąś abstrakcją. Prawie na każde wakacje wybierałem się przez Francję, bo oni zawsze kupowali mi te wina, na których mnie wychowali i zbudowali mój smak. Zawsze specjalnie jeździłem dłuższą trasą, bo wiedziałem, że czeka na mnie 60 czy więcej butelek tego napoju. To takie mocno sentymentalne wspomnienia. No, ale jak mówiłem, zawsze tam jechałem. Dla mnie ważne było to spotkanie z tymi ludźmi. We wcześniejszych latach jak przyjeżdżałem, to wybieraliśmy się też w odwiedziny do klubu kibica. Przyznam się, że przez półtorej roku zdołałem się bardzo dobrze nauczyć francuskiego. Nie było dla mnie problemu z rozmową czy udzieleniem jakiegoś wywiadu.

Po powrocie z Francji, grał Pan dla Jezioraka Iława. Co Pan może powiedzieć o tym klubie?

- Powiem w ten sposób. Tutaj ponownie był duży przeskok. Taki jakby Pan trafił z profesjonalnego klubu, do takiego “folkloru”. Tak to nazwę. To był dla mnie wtedy “folklor”. Odnowa biologiczna odbywała się na starym basenie, na którym odpadały kafelki. Szatnia była bez remontu od iluś lat, a klub wyglądał jakby zatrzymał się w latach 80. Tutaj problemem stała się ambicja chłopaków, którzy zdołali awansować do II ligi. Po prostu ciągle czegoś brakowało. Jeziorak skusił mnie perspektywą potencjalnego awansu do najwyższej ligi, bo niewiele do tego brakowało. Z drugiej strony chciałem zamieszkać w Olsztynie lub okolicach. Swego czasu wybudowałem tam dom, ale nie mieszkałem w nim, bo przecież ciągle grałem gdzieś daleko. Trzecim powodem, o którym już wspominałem, była moja córka, która poszła do szkoły i nie chciałem, żeby ciągle ją zmieniała.

W czasie gry dla Stomilu Olsztyn miał Pan okazję ponownie zagrać z Adamem Zejerem. Jak Pan wspomina tamten okres?

- Tak jak już mówiłem, powody podpisania kontraktu ze Stomilem były takie, jak w przypadku Jezioraka. No i faktycznie spotkałem się tam z Adasiem. Kto go zna, to wie, że on się bardzo szybko aklimatyzuje. Dla mnie był wielkim zawodnikiem. On i Zbigniew Szewczyk mieli pecha, że grali “tylko” dla Zagłębia, bo wówczas, jeżeli nie grało się dla klubów takich jak Legia, Śląsk czy Górnik, to nie miało się większych szans na grę w reprezentacji. No, a tak, to uważam, że obaj mieliby sporo spotkań rozegranych w kadrze. To co oni robili z piłką, to ja nazywam po prostu poezją futbolu. Oni byli niscy. To były takie dwa motorki, które swoją grą ciągnęły zespół. Myślę, że gdyby byli wyżsi, to bym ich już nie spotkał, bo dawno graliby w zagranicznych klubach.

No, ale Adaś wprowadzał mnie w Olsztynie. Znaliśmy się długo i często siedzieliśmy blisko siebie. On też miał poczucie humoru. W Zagłębiu do szatni przychodziło się godzinę wcześniej, bo jak złapało się towarzystwo takich osób jak Wałowski, Chwaliszewski, Dyluś, Zejer, Szewczyk, czasami Marcin Ciliński, no to żart poganiał żart. Oczywiście do momentu treningu. Jak już mówiłem, to Adaś wprowadzał mnie w Olsztynie i mówił, jak rzeczywistość wygląda. No i niewiele się pomylił, bo wyglądało to ubogo i smutno. No, ale podpisałem kontrakt. To nie było tak, że grałem tam za karę. Po prostu trzeba było się dostosować.

W Stomilu spotkał Pan też późniejszego zawodnika Zagłębia, Arkadiusza Klimka.

- Faktycznie, pojawił się tam również Arkadiusz Klimek, który do Olsztyna trafił tak jak ja z Jezioraka. On przyszedł jednak wcześniej. No i przyszło naszej trójce grać wspólnie. Był tam także Sylwester Czereszewski, który trafił do Legii. Arek grał na ataku, ja w pomocy z Adasiem Zejerem i coś rzeźbiliśmy z tego na tym średnim poziomie ligowym. Utrzymywaliśmy się zazwyczaj pomiędzy 6 a 11 miejscem w tabeli. Co jest śmieszne, do dziś jest ten sam stadion i trybuny. Nic się nie zmieniło. Jak nie było obiektów do trenowania, tak ich wciąż nie ma. Były zawodnik Stomilu oraz Zagłębia, Piotr Tyszkiewicz, nazywa ten stadion “De La Gruz”.

Nasza przygoda z Adasiem trwała mniej więcej rok. Później wyszedł jakiś konflikt z trenerem, ale ja uważam, że z takimi umiejętnościami on po prostu nie mógł nie grać. Przyszedł trener, który miał inną wizję i stwierdził, że ten i ten mu nie pasują. Na początku też byłem w tej grupie, ale ostatecznie zacząłem grać normalnie. Inna sprawa była w przypadku Adama, bo on nie mógł pokazać swoich umiejętności i tak to się skończyło. No, ale do dziś mamy kontakt. Czasami się spotkamy pogadać. Swego czasu graliśmy jeszcze wspólnie w oldbojach i nawet zdobywaliśmy mistrzostwa i wicemistrzostwa Polski.

W Olsztynie nie zapuścił Pan korzeni na długo. Po jednym sezonie wyjechał Pan do Finlandii. Dlaczego taki kierunek?

- W Stomilu, mimo że planowałem, nie zostałem na dłużej. Generalnie przyjąłem zasadę, że chciałem pozwiedzać sportowy trochę świat. Stąd między innymi miałem propozycję z Izraela od trenera Wojciecha Łazarka, który prowadził Hapoel Tajbe. Problem polegał na tym, że ta oferta przyszła do mnie za późno, bo ja już podpisałem kontrakt w Finlandii. Prawdę mówiąc, to robiłem wszystko, żeby tę umowę zerwać, bo miałem kupione bilety na samolot do Izraela. Trener Łazarek bardzo chciał mnie w zespole. On się tam wtedy dopiero pojawił. No, ale nie udało mi się zerwać tego kontraktu, mimo że chciałem nawet oddać pieniądze. Finowie się nie zgodzili, bo stwierdzili, że jestem dla nich kluczowym zawodnikiem. Tam wówczas był poziom dobrej, polskiej drugiej ligi. W Finlandii była taka fajna zasada, że mogłem zagrać bodajże do dwóch spotkań bez kontraktu, a ja dodatkowo miałem swoją kartę na ręku.

Pewnie zrobił Pan ogromne wrażenie, skoro Finowie nie chcieli pozwolić na zerwanie kontraktu.

- Udało mi się zagrać w tych wspomnianych dwóch spotkaniach i zdobyłem w nich dwie bramki. Finom to się tak spodobało, że z miejsca zaproponowano mi podpisanie umowy. Podpisałem kontrakt i jakieś trzy tygodnie później pojawiła się propozycja z Izraela. Prawdę mówiąc, z mojej strony robiłem wszystko, żeby ten kontrakt rozwiązać i przyjąć ofertę trenera Łazarka. Ostatecznie jednak odpuściłem i skupiłem się na grze dla Tampereen, gdzie zostałem do końca sezonu.

Jak wspomina Pan grę dla Tampereen Pallo-Veikot?

- Tak się złożyło, że grając w Finlandii zdołałem strzelić jakieś dwanaście bramek. Nie wiem czy wciąż jest taki zwyczaj, ale kiedyś działacze klubowi, sponsorzy i klub kibica wybierali najlepszego zawodnika. No i tam się dostawało medale za to - złoty, srebrny lub brązowy. Dodatkowo dla złotego medalisty sponsor, przykładowo fabryka produkująca przetwory, organizował nagrody. W tym przypadku duży kosz przetworów. W innym meczu sponsorem była fabryka produkująca papier toaletowy. Tyle tych nagród uzbierałem, że papieru kupować nie musiałem, a na ogórki patrzeć już nie mogłem.

Dla mnie dużym problemem było to, że kontrakt podpisany miałem na dwa lata. Szczególnie, że doszedłem do wniosku, że ja do Finlandii mogę przyjechać, kiedy będę miał 40 lat. Nie ma co ukrywać, że poziom był tam taki a nie inny. Uznałem, że to nie ten poziom i szkoda tracić czas. Był tam wówczas taki trener, który jak się okazało miał okazję trenować Jariego Limanena, ikonę fińskiego futbolu. Tak się złożyło, że ten trener powiedział mi ogromny komplement. Powiedział mi wówczas, że miał trzech zawodników, których bardzo cenił. Pierwszym z nich był oczywiście Litmanen. Drugi z nich to reprezentant Związku Radzieckiego, którego trenował jeszcze w Helsinkach. Po czym powiedział mi, że tym trzecim piłkarzem jestem ja. Przyznam się szczerze, że aż mnie wtedy dreszcze przeszły. Prosił mnie, żebym się jeszcze zastanowił i został. No, ale ja już podjąłem decyzję.

Trzeba przyznać, że to faktycznie wielkie wyróżnienie znaleźć się w trójce ulubionych piłkarzy razem z Litmanenem.

- Co ciekawe, trzy lata później ten trener próbował się ze mną skontaktować. Okazało się, że zdobył mistrzostwo Finlandii. Skontaktował się z moim kolegą i pytał go, gdzie jest Daniel, bo on chciałby ściągnąć tego zawodnika do siebie. Mówił, że pieniądze nie grają roli. Pech chciał, że to był czas, kiedy grałem w Belgii i akurat miałem złamaną nogę. Przyznaję, że wtedy z pewnością bym wrócił do Finlandii i pomógł w eliminacjach do Ligi Mistrzów.

Tak swoją drogą, to ta złamana noga nie tylko przeszkodziła mi w ewentualnym powrocie do Finlandii. W tym czasie dostałem także ofertę od trenera Krzysztofa Pawlaka, którego zespół miał grać w finale Pucharu Polski. No, ale niestety noga w gipsie pokrzyżowała także i ten pomysł.
 

Czytałem, że uczestniczył Pan w jakimś tourne po Azji. Na czym ono polegało?

- Tak się zdarzyło, że w Finlandii miałem okazję grać z bramkarzem młodzieżowej reprezentacji Niemiec (red. Lutz Pfannenstiel). Zaprzyjaźniliśmy się w trójkę z grającym tam też Jackiem Perzykiem, który co warto podkreślić, robił mi za tłumacza podczas gry dla Tampereen. Żona tego bramkarza pochodziła z krajów azjatyckich. To była córka jakiegoś dyplomaty. Któregoś razu ten Niemiec mówi, że rozmawiał ze swoim rodakiem, jakimś menedżerem. Jak podał mu moje nazwisko, to on powiedział, że chciałby się ze mną skontaktować. Okazało się, że organizuje on jakiś wyjazd ekipy z Europy, czyli Niemcy, dwóch Anglików i nas dwóch Polaków, żebyśmy w Indonezji, Malezji i Singapurze grali mecze pokazowe. On nam powiedział, że załatwi wszystko finansowo i również turystycznie. Przyznam, że to nas tak zainteresowało, że momentalnie podjęliśmy decyzje, że lecimy. No i tak trafiliśmy do Azji. Wszystko było opłacone i pozałatwiane. O nic nie musieliśmy się martwić. Oczywiście tam też dostałem propozycję gry, ale to już jest temat na inną okazję.

Koniec przygody w Finlandii, powrót do Polski i ponowny wyjazd zagranicę. Trafił Pan do Belgii i zespołu Royal Racing Club Tournaisien. Jak zapamiętał Pan ten etap?

- Jak wróciłem z tego tourne, to pojawiła się prośba z Warmii Olsztyn, która grała w drugiej lidze. Ja ponownie miałem wtedy swoją kartę na ręku, więc mogli mnie w każdej chwili zgłosić do gry. Zagrałem dla Warmii kilka spotkań i pomogłem im się utrzymać. Po tym miałem na stole kilka propozycji, ale ostatecznie wylądowałem w Belgii. Podpisałem tam kontrakt i zagrałem jedną całą rundę. W międzyczasie pomogłem koledze, który grał swego czasu z Lechem Poznań w pucharach. Nazywał się Marian Glombiowski, mieszkał we Francji i szukał klubu. Ja pogadałem z trenerem i ostatecznie ściągnęliśmy go do Tournaisien. No i zbieg okoliczności sprawił, że na jednym treningu, takim najzwyklejszym, przez zwykłe wejście właśnie on złamał mi nogę. Oczywiście nie miałem do niego pretensji, bo to był przypadek. Złamanie było na wysokości stawu skokowego. Piętę miałem w miejscu kostki wewnętrznej a palce w miejscu pięty.

Brzmi to bardzo źle.

- No obrazek nie był zbyt ciekawy. Prosto z treningu zawieziono mnie do szpitala. Szczęśliwie dla mnie, udało mi się trafić na lekarza, który w USA zajmował się mikrochirurgią. W zwykłym szpitalu w Brukseli. On mnie zoperował i poskładał. Jak przyjechałem do szpitala wojewódzkiego w Olsztynie i oni zobaczyli takie rzeczy jak zdjęcie śródoperacyjne, jak to wszystko było zrobione, to byli w szoku. Ordynator oddziału powiedział mi, że po takim urazie, w najlepszym wypadku kulałbym do końca życia. Po tym złamaniu przez dwa i pół miesiąca miałem założony gips. Następnie odbyłem półroczną rehabilitację. Miałem także blachę na kości strzałkowej. Powstawiano mi też haki, żeby przyczepy się zrosły do kości.

Mimo takiego urazu ponownie pojawił się Pan na boisku, prawda?

- Dokładnie. Mimo że dopiero dochodziłem do siebie po kontuzji, to zadzwonił do mnie ś.p prezes Dziurowicz. Powiedział mi, że potrzebują zawodnika takiego jak ja, bo GKS Katowice spadł do drugiej ligi i chciałby, żebym u niego pograł. Próbowałem mu wytłumaczyć, że jestem po kontuzji. Powiedział mi, że mam się nie martwić, bo z treningami się dogadamy. No i pomyślałem wtedy, że prezesowi się nie odmawia. On był wtedy też prezesem PZPN-u. No i umówiliśmy się tak, że gram mecz, po którym wracam do domu i przyjeżdżam dopiero na treningi we wtorek. W sobotę znów mecz, po nim wsiadam w samochód i do domu. W Katowicach na Ceglanej miałem swój hotel, a dla GKS-u grałem pół roku. Najśmieszniejsze było to, że ja w Belgii wciąż byłem oficjalnie na chorobowym. Mówiłem sobie wtedy, że jak ktoś się z gazety dowie, że zamiast się rehabilitować, ja gram, to będzie nieciekawie. Po tym okresie podziękowałem w Katowicach i powiedziałem, że kończę z graniem, bo szkoda mi zdrowia. GKS Katowice był ostatnim większym klubem, w którym grałem.

Jak Pan może podsumować swoją karierę?

- Poznałem wielu ludzi z różnych środowisk. Dużą satysfakcję dało mi to, że Ci ludzie wciąż o mnie pamiętają. Zawsze ciekawiło mnie jak to, że gdzie bym nie grał, to odchodząc nie miałbym dwóch czy trzech propozycji. No, ale tak to było. Skąd bym nie odchodził, ja nigdy nikogo o nic nie prosiłem, a jednak zawsze miałem jakieś oferty. Odchodząc z Lubina miałem dwie propozycje. Po pobycie w Miedzi były trzy. Odchodząc z Gwardii Szczytno były cztery oferty z klubów drugoligowych i trzy czy dwie z pierwszoligowców. Jak grałem w Finlandii to również miałem dwie propozycje. No więc tak to się zdarzało, że gdzieś te oferty zawsze spływały. Dzięki temu nie miałem problemów z podejmowaniem decyzji.

Faktycznie jak się na to popatrzy, to wydaje się to dość osobliwe.

- Mi to pokazywało, że ktoś gdzieś mnie jednak zauważył, zanotował i te umiejętności jakieś miałem. Nawet kiedy kończyłem karierę i miałem 33 lata, to dostałem kolejne propozycje gry. Byłem w dobrej formie. Zawsze się śmiałem, że po treningach w Miedzi, żaden uraz się mnie nie ima. Na sam koniec miałem okazję grać jeszcze dla Czarnych Żagań, ale ja to traktowałem już jako ten tzw. “folklor”. To była taka sytuacja, że trenerem w tej drużynie był Marek Chojnacki, z którym się znałem. No i opowiedział mi, że mają tam III ligę, dobrego prezesa i fajny klimat. No i przekonał mnie, żebym jeszcze przyjechał do nich pograć na takim poziomie. Spędziłem tam miło czas i poznałem fajnych ludzi. W tym czasie i tak nie miałem co robić, bo z piłką kończyłem i szukałem dla siebie miejsca w życiu. No i na koniec kariery pograłem sobie jeszcze w piłkę. Miałem też z tyłu głowy, że z piłką nie można tak nagle skończyć, bo może to się źle odbić na układzie sercowo-naczyniowym i trzeba kończyć stopniowo. Gra w oldbojach była też elementem tego zwalniania.

Co Pan robił po zakończeniu profesjonalnej kariery? Słyszałem, że uczył Pan w szkole, to prawda?

- Po zakończeniu kariery pełniłem przez pewien czas funkcję dyrektora sportowego w Stomilu Olsztyn. W międzyczasie skończyłem również studia. Były to pełne studia magisterskie. Obecnie już od lat jestem magistrem wychowania fizycznego. Przez dwa lata pracowałem w gimnazjum o czym wspominałem na samym początku. Przyznam szczerze, że ani dyrektorka, ani burmistrz miasta nie chcieli mnie wypuścić z tej szkoły. No, ale umówmy się, że jak człowiek przez długi czas gra w lidze, ma określone zarobki, to później płaca w szkole przy różnych wydatkach nie jest zbyt satysfakcjonująca. Później próbowałem się w prywatnych biznesach i różnych podobnych rzeczach.

Bardzo cenię sobie lata spędzone na uczelni. Na drugim, trzecim i czwartym roku miałem nawet stypendium naukowe. Nie byłem osobą, która chciała tylko zdać. Wiedza, którą wówczas zdobyłem bardzo mi się przydała. No, ale to nie koniec. Proszę sobie wyobrazić, że ja po zakończeniu szkoły zostałem kierowcą tira.

Jak to się stało?

- Pamiętam, że jak moi koledzy dowiedzieli się o tym, to na początku dzwonili zapytać czy u mnie z głową wszystko w porządku. No to ja im wtedy mówiłem, że przez tyle lat to my byliśmy wożeni autobusami, czy lataliśmy samolotami. Teraz chcę oddać to wszystko i dlatego jeżdżę tirami. W żadnym wypadku nie była to decyzja związana z finansami. Po prostu, kiedy człowiek przez większość kariery nie pracuje za biurkiem tylko gdzieś jeździ, to jest ciężko się przestawić. Nawet kiedy byłem dyrektorem w Stomilu i zasiadałem w komisji rewizyjnej PZPN-u, to wiązało się to jednak z wyjazdami na obozy, zgrupowania, rozmowy kontraktowe. No, ale kiedy zastanawiałem się jak będzie wyglądało moje dalsze życie, to nie wyobrażałem sobie siebie za biurkiem. To było dla mnie po prostu za nudne.

No i wpadłem na genialny pomysł, że zostanę kierowcą tira. Zrobiłem prawo jazdy i od 17 lat jeżdżę jako kierowca ciężarówki przeważnie w firmach niemieckich lub holenderskich.

Dlaczego nie poszedł Pan w kierunku pracy związanej z piłką nożną?

- Wszyscy zadawali mi to pytanie. Odpowiem tak jak zawsze. Wypaliłem się i zamknąłem etap sportu, bo uważałem, że mam dość takiego życia. Po prostu całego piłkarskiego świata. Nie dawało mi to satysfakcji. Szkoła pokazała mi i utwierdziła mnie w przekonaniu, że potrafię żyć bez piłki, bez codziennego myślenia o niej. Poszedłem w całkiem inny świat. No i od tych 17 lat jeżdżę tirami po Europie.

Zagłębie obchodzi obecnie swoje 75-lecie. Miał Pan już okazję porozmawiać z dawnymi kolegami i powspominać stare czasy?

- Powiem tak, okazje były. Zdaję sobie jednak sprawę, że każde pokolenie ma swoich idoli, którzy grali w tym klubie, mieli na niego wpływ. Uważam jednak, że przy którejś rocznicy po prostu o niektórych zapomniano. Zmierzam jednak do tego, że tych okazji jest jednak mało. Ja mieszkam w Olsztynie, a środowisko, z którym się zżyłem było jednak związane z Lubinem. Ten klub najbardziej cenię w swojej karierze, bo on mnie ukształtował i pokazał prawdziwy świat piłki. Uważam, że nie mogę mieć żadnych zastrzeżeń co do środowiska wokół klubu. Cały czas obserwuję Zagłębie i ta drużyna jest najbliższa mojemu sercu.

Jeżeli chodzi o sam kontakt ze znajomymi, to czasami z jedną czy dwiema osobami się zdzwonimy, żeby porozmawiać. Oczywiście dużo łatwiej jest mi pogadać z Adasiem Zejerem, który jest tu na miejscu. Do dziś mam też kontakt z niektórymi kibicami. Przyznam, że ostatnio do dzwoniłem Sławomira Wałowskiego, bo nie widzieliśmy się prawie od trzydziestu lat. Ogólnie to koledzy z mojego pokolenia różnie się porozjeżdżali. Oczywiście wciąż w Lubinie jest Romuald Kujawa czy Krzysztof Koszarski. Bardzo mile wspominam Eugeniusza Ptaka, ale on akurat siedzi w Niemczech. Choć muszę przyznać, że zapraszał mnie do siebie w odwiedziny.

Myślę, że jeszcze będzie okazja na takie większe spotkanie ze wszystkimi.

- Przyznam szczerze, że chętnie spotkałbym się na jakimś spotkaniu okolicznościowym zawodników, którzy dziś występują w klubie, z tymi, którzy zdobywali mistrzostwa Polski, czy byli jeszcze wcześniej. Chciałbym spotkać się z tymi zawodnikami starszymi, którzy w klubie występowali przede mną, ale także właśnie z tymi, którzy barwy Zagłębia reprezentują dziś. Zobaczyć co to są za ludzie i porozmawiać. Myślę, że takie spotkanie zadziałałoby pozytywnie na wszystkich. Dla obecnych zawodników byłby to jasny sygnał, że to nie jest tak, że jesteśmy tylko my i nic poza tym. Są również byli Miedziowi, którzy coś osiągnęli.

Czego chciałby Pan życzyć klubowi na wspomniane 75-lecie?

- Chciałbym Zagłębiu życzyć jeszcze lepszych, kolejnych 75 lat. Chciałbym, żeby ten klub za każdym razem meldował się w strefie dającej możliwość gry w europejskich pucharach. No i chciałbym, żeby jak najwięcej wychowanków Akademii KGHM Zagłębia meldowało się na boiskach. Chciałbym, żeby z tego całego “narybku”, który szkolą moi koledzy, z którymi miałem okazję grać, kolejni zawodnicy dostawali szansę na pokazanie swoich umiejętności.