Tadeusz Wiśniewski | Argentyna? Maradona czy Diaz robili wrażenie 26 lis

Tadeusz Wiśniewski | Argentyna? Maradona czy Diaz robili wrażenie

W Zagłębiu Lubin występował tylko przez trzy sezony, ale w naszym mieście został na lata, gdzie mieszka do dziś. Wychowanek Zawiszy Bydgoszcz, który w wieku niespełna dwudziestu lat wyjechał do Japonii, aby w organizowanych tam Mistrzostwach Świata reprezentować Polskę na arenie międzynarodowej. Jednym z rywali młodych Polaków była Argentyna, mająca w swoich szeregach pokolenie genialnych piłkarzy. Jak po latach Tadeusz Wiśniewski wspomina to starcie? Zapraszamy!

26 lis 2020 19:20

Fot. Tadeusz Wiśniewski
Autor Zagłębie Lubin S.A.

Udostępnij

Inne

Jak to się stało, że znalazł się Pan w kadrze na młodzieżowe Mistrzostwa Świata w 1979 w Japonii?

- W tamtym czasie występowałem w zespole Zawiszy Bydgoszcz, którą prowadził trener Wojciech Łazarek. Jako młody zawodnik byłem równolegle w kręgu zainteresowań selekcjonera reprezentacji młodzieżowej – Henryka Apostela i ostatecznie wyjechałem z kadrą na finały do Japonii. Wówczas w naszej drużynie występowało wielu ciekawych zawodników. Mieliśmy choćby świetnego Andrzeja Buncola czy Jacka Kazimierskiego, który do dziś funkcjonuje w środowisku piłkarskim. Był także Piotr Skrobowski, ówczesna gwiazda Wisły Kraków. Ważnym ogniwem zespołu był również Marek Chojnacki, który jak wiadomo, trochę tych występów w naszej najwyższej lidze zaliczył. Kto jeszcze? Pałasz z Górnika Zabrze, strzelec pięciu goli w turnieju, Gruszka z Bytomia czy Frankowski, który później karierę kontynuował w Niemczech. To była ciekawa drużyna, z dużymi umiejętnościami. Tak naprawdę wyjeżdżając na turniej, nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę z naszego potencjału. Wiedzieliśmy, że jesteśmy mocni, ale takie ziarno niepewności zasiał ostatni mecz przed wyjazdem. Graliśmy z zespołem, chyba drugoligowym i nie poszło nam po naszej myśli. Prasa pisała, że się o nas martwi. Brało to się też z tego, że nikt nie chciał ryzykować kontuzji przed wylotem. Ostatecznie pojechaliśmy do Japonii z nastawieniem, aby zagrać jak najlepiej i ten wynik sportowy udało się osiągnąć.

Sam wylot z kraju w sierpniu 1979 i to jeszcze do Japonii, to chyba również w tamtych czasach niecodzienne przeżycie?

- Generalnie, to było tak, że my podczas tego wyjazdu okrążyliśmy cały świat. W drodze do Japonii lądowaliśmy tylko na Alasce. Za to droga powrotna wiodła przez Filipiny, gdzie zostaliśmy zaproszeni w uznaniu za naszą dobrą grę na turnieju. Udaliśmy się tam wraz ze Związkiem Radzieckim na dwa tygodnie, podczas których rozgrywaliśmy mecze towarzyskie. Po tym czasie wylecieliśmy do Bangkoku, dalej do Rzymu, Frankfurtu i na koniec dopiero do Polski. Także, jakby nie patrzeć, oblecieliśmy prawie cały świat.

Dziś jest to rzecz, którą ciężko sobie wyobrazić.

- To fakt, ale to była dla nas niesamowita przygoda. Sam turniej zaś był bardzo dobrze zorganizowany. Klasowe drużyny, bo oprócz nas przyleciały choćby Hiszpania, Argentyna, Węgry, Urugwaj, Kanada, Jugosławia, Indonezja, Meksyk, wspomniane ZSSR czy gospodarze, Japonia. Pomimo dużych odległości pomiędzy miejscowościami, gdzie byliśmy zakwaterowani, a gdzie graliśmy mecze, podróże mijały bardzo szybko. Przykładowo, odległość z Tokio do Kobe, która wynosiła około sześciuset kilometrów, pokonywaliśmy koleją w trzy godziny. Już wtedy bowiem ich pociągi poruszały się z zawrotną prędkością, co było dla nas kolejnym, ciekawym doświadczeniem.

Nawet dziś robi to wrażenie.

- Zdecydowanie. Oprócz szybkich pociągów Japonia to wtedy wspaniałe, oświetlone stadiony, mnóstwo ludzi na trybunach, nawet po kilkanaście tysięcy. Było duże zainteresowanie piłką, a organizatorzy stworzyli nam naprawdę dobre warunki. Mieszkaliśmy w naprawdę luksusowych hotelach, co do dziś pamiętam. Jako ciekawostkę mogę powiedzieć, że jednym ze sponsorów turnieju była firma Coca – Cola, której produktów w Polsce na tamten czas nie było. W ramach promocji napoju mieliśmy dostęp do nielimitowanej ilości butelek, co było dla nas także powodem do żartów. Śmialiśmy się miedzy sobą, że teraz, to możemy wziąć w wannie kąpiel w Coca – Coli. Dziś, ciężko to może zrozumieć, ale wtedy takie rzeczy naprawdę dawały ogromną radość.

A same rozgrywki jak Pan wspomina?

- Trafiliśmy w grupie na Indonezję, Jugosławie i Argentynę. O tym, że drużyna z Ameryki Południowej jest mocna, wiedzieliśmy wcześniej. Obawialiśmy się jednak Jugosławii, która także miała wielu ciekawych zawodników. Stanęliśmy jednak na wysokości zadania i w pierwszym meczu grupowym pokonaliśmy ich 2:0. Dwa dni później, w starciu z Indonezją było już łatwiej i wygraliśmy aż 6:0. Dlatego do meczu z Argentyną, wiedząc już, że zarówno my jak i oni mamy zapewniony awans do dalszej rundy, przystępowaliśmy z większym spokojem.

Mimo wszystko, na pewno chcieliście pokazać się z dobrej strony?

- Zgadza się. Nie było żadnego odpuszczania. Powiem więcej, przed meczem trener Apostel mówił, że to jest może jedyna okazja, gdy mamy szansę zagrać z tak klasowym przeciwnikiem. Już wtedy nazwiska w ekipie przeciwnej robiły wrażenie. Z Maradoną, Romanem Diazem czy Calderonem na czele. Zresztą wielu zawodników z tamtej drużyny przeszło później do tej seniorskiej i święcili z nią sukcesy.

Rywal okazał się dla was za mocny.

- Jeszcze pierwsze minuty spotkania staraliśmy się dotrzymać im kroku, ale wraz z upływem czasu pokazywali swoje umiejętności. Byli poza naszym zasięgiem i dlatego finalnie przegraliśmy 1:4. Chociaż wynik nie do końca oddaje to, co działo się na boisku. W końcówce bowiem już oszczędzaliśmy siły, mając na uwadze kolejne spotkania. Okazało się to mądrą decyzją, gdyż w dalszej rywalizacji przyszło nam się mierzyć czy z Hiszpanią, czy Związkiem Radzieckim. Ostatecznie zajęliśmy czwarte miejsce, co uważam z perspektywy czasu, za duży sukces.

Argentyńczycy cały turniej wręcz zdominowali, wygrywając zarówno rywalizację drużynową jak i indywidualną. Ramon Diaz zdobył osiem bramek, będąc najskuteczniejszym graczem rozgrywek, a Diego Maradona z sześcioma golami uplasował się tuż za nim.

- Zdecydowanie było widać w ich poczynaniach talent i potencjał. Wspominając sam mecz z Argentyną, to wtedy grałem na środku obrony. Tuż przede mną, na pozycji forstopera grał Skrobowski i to my dwaj mieliśmy najwięcej do czynienia z Maradoną. Sprawiał nam wiele problemów. Staraliśmy się go kryć krótko, jakoś połapać, ale powiedzmy sobie szczerze – jego umiejętności już wtedy były ogromne i nie mogliśmy za nim nadążyć. Był fantastycznym zawodnikiem. Potrafił ograć kilku rywali na dużej lekkości, prowadząc piłkę bardzo krótko przy nodze. Często zagrywał także do Diaza, dzięki czemu ten mógł strzelić tyle bramek. Niesamowity piłkarz jak na tamte czasy. A należy pamiętać, że przecież my także nie byliśmy drużyną przeciętną. Po meczu z Argentyną chwalił nas bardzo ich selekcjoner, Cesar Menotti.

Z perspektywy czasu jest zapewne u Pana satysfakcja, że udało się zagrać w tym meczu i to przeciwko samemu Maradonie?

- Na pewno. Jego umiejętności praktycznie na każdym robiły wrażenie. Doskonała kontrola piłki. Średni wzrost, który pozwalał idealnie balansować ciałem pomiędzy zawodnikami. Przewidywanie sytuacji boiskowych, nienaganna technika, to było coś bajecznego.

Śledził Pan później jego losy?

- Oczywiście. Uważam, że to był najlepszy piłkarz na świecie. Szkoda, że tak się to potoczyło i tak nagle musiał odejść. Generalnie, jeśli chodzi o umiejętności piłkarskie, to była to gwiazda formatu światowego i myślę, że wielu sympatyków piłki nożnej ma podobne odczucia.

A co się działo z waszą drużyną po turnieju?

- Jak już wspomniałem, z Japonii udaliśmy się jeszcze na kilkanaście dni na Filipiny. Później wróciliśmy do swoich drużyn klubowych i każdy kontynuował swoją karierę z lepszym lub gorszym skutkiem. Część chłopaków dostała szansę w reprezentacji seniorskiej, część wyróżniała się w lidze. Jeśli chodzi o mnie, to po mistrzostwach trafiłem do pierwszego składu Zawiszy Bydgoszcz. Po roku zrobiliśmy awans do najwyższej klasy rozgrywkowej, co było naszym dużym sukcesem. Grałem dużo u trenera Łazarka, a dzięki dobrej postawie zapracowałem na transfer do Lecha Poznań. Z tą drużyną zdobyłem dwa tytuły mistrzowskie czy puchar krajowy. Później przeżyłem także świetne czasy w Zagłębiu Lubin, gdzie udało się zrobić awans do pierwszej ligi. Mogę powiedzieć więc, że miałem ciekawą karierę.

Wspomniał Pan o Mistrzostwach Świata, tytule Mistrza Polski z Lechem, awansach z Zawiszą Bydgoszcz czy Zagłębiem Lubin, a które wydarzenie zapadło tak najmocniej w pamięć?

- Każde z nich działo się na jakimś etapie mojego życia i kształtowało mnie nie tylko jako piłkarza, ale i człowieka. Dzięki graniu w piłkę mogłem przeżywać niesamowite emocje, poznać wielu wspaniałych ludzi czy zwiedzić inne kraje. Ciężko więc wybrać jedno, szczególne. Na pewno jeśli chodzi o sam turniej, czy grę przeciwko Argentynie, to nawet po latach jestem w stanie odtworzyć wiele szczegółów, jakby to było tydzień temu. Do dziś odczuwam taką radość, że miałem okazję mierzyć się choćby z Maradoną, gwiazdą światowego formatu i tego mi już nikt nie zabierze.