Eugeniusz Ptak: Zawsze szanowałem kibiców. Byliśmy jednością 19 lip

Eugeniusz Ptak: Zawsze szanowałem kibiców. Byliśmy jednością

Zapraszamy na wywiad z Panem Eugeniuszem Ptakiem. Popularny „Gienek” jest jedną z legend naszego klubu i strzelcem pierwszej bramki dla Zagłębia Lubin w I lidze. Z legendarnym zawodnikiem "Miedziowych" rozmawiał Krzysztof Kostka - kolekcjoner biletów, programów meczowych oraz pamiątek Zagłębia Lubin.

19 lip 2018 09:51

Fot. Prywatne archiwum EP
Autor Zagłębie Lubin S.A.

Udostępnij

Klub

Na wstępie chciałbym podziękować za poświęcony czas Panu Eugeniuszowi Ptakowi i jego małżonce Iwonie.

Popularny „Gienek” urodził się 1 października 1960r. w Marchwaczu. Karierę juniorską rozpoczynał w wieku 17 lat w Włókniarzu Kalisz, po roku grał już w trzecioligowej, seniorskiej drużynie Włókniarza. Po dwóch latach spędzonych w Kaliszu kontynuował grę w Lechii Piechowice. Sezon w Lechii był bardzo udany i zaczęły się nim interesować kluby z pierwszej ligi. Był na testach w Lechu Poznań i Odrze Opole, ale po przyjściu do Piechowic trenera Zbigniewa Bani, przyszłego teścia Eugeniusza Ptaka, pozostał jeszcze przez rok w trzecioligowej Lechii. Grał również w takich klubach jak: Śląsk Wrocław, Zagłębie Wałbrzych, Miedź Legnica oraz w drużynach cypryjskich i niemieckich. My skupimy się na okresie gry w Zagłębiu Lubin w latach 1984-1989 i powrocie po grze na Cyprze w 1993 r. Zapraszam do lektury!

Krzysztof Kostka: Jak trafił Pan do Zagłębia i czy były w tym czasie jeszcze inne oferty?

Eugeniusz Ptak: - O tym ze znalazłem się w Zagłębiu zdecydowała moja żona z ówczesnym prezesem klubu i dyrektorem naczelnym Kombinatu - Witoldem Parchimowiczem (śmiech). Oczywiście nie do końca, ale historia była niczym z filmu sensacyjnego. Ja wówczas od pół roku byłem zawodnikiem drugoligowego Zagłębia Wałbrzych. Było to bardzo udane półrocze dla tej drużyny i dla mnie. Gdy przyszedłem do Wałbrzycha, to byli w strefie spadkowej. Po pół roku gry drużyna awansowała na trzecie miejsce w tabeli, a ja zajmowałem drugie miejsce w klasyfikacji króla strzelców II ligi grupy południowej. Zawodnicy bramkostrzelni, to zawsze towar deficytowy, to też nie ukrywam, że było bardzo duże zainteresowanie moją osobą ze strony klubów pierwszoligowych. Zdecydowałem się na Motor Lublin i pojechałem z nimi na obóz przygotowawczy. W tym czasie, gdy ja byłem już jedna noga w Motorze, działacze Zagłębia Lubin skontaktowali się z moją żoną. Gdy dowiedzieli się, jaka jest sytuacja, natychmiast specjalni wysłannicy Zagłębia pojawili się na zgrupowaniu Motoru i w wielkiej konspiracji próbowali porozmawiać ze mną. Motor podejrzewał, że coś zaczyna się dziać i  podwoili czujność. Zostali jednak wyprowadzeni w pole i doszło do rozmów. Zagłębie Wałbrzych również nie chciało się mnie pozbyć, a Motorowi też bardzo zależało na zatrzymaniu mnie u siebie, do tego stopnia, że jak już zacząłem funkcjonować w Lubinie, to nadal przyjeżdżali działacze Motoru i namawiali mnie usilnie na przejście do nich. Jednak zdecydowaliśmy swoje życie związać z młodym perspektywicznie rozwijającym się w szybkim tempie Lubinem, a co za tym idzie z Zagłębiem Lubin. Nadal nie była to prosta sprawa, ponieważ w dalszym ciągu obowiązywała mnie umowa z Wałbrzychem. Jednak ówcześni działacze Lubina, wraz z trenerem, zdecydowali ze bez względu na konsekwencje chcą, abym został ich zawodnikiem. Niestety zostałem przez PZPN zawieszony na rok zakazu gry. Nie był to łatwy okres dla mnie. Nie raz zastanawiałem się po co mi to było, ale na szczęście po pół roku skrócono moja karencję i mogłem już oficjalnie występować w barwach "Miedziowych". Muszę powiedzieć, że z perspektywy czasu nie żałuje mojej decyzji. Chociaż tak jak wspomniałem, te pół roku było wyjęte z mojego piłkarskiego życiorysu. Jak też powiedziałem, jednym z argumentów, które zadecydowały za tym, że wybrałem Zagłębie, była duża perspektywa rozwojowa regionu, miasta i klubu. Na ówczesne czasy dla młodych pracowitych ludzi to było Eldorado. Praca dobrze płatna na kopalni, specjalne sklepy dla górników z tym wszystkim, czego normalnie w sklepie człowiek nie kupił. Olbrzymi bum w budownictwie mieszkaniowym Zagłębia Miedziowego. Region w Polsce, który był niedoceniony, ale dzięki ludziom z wielka pasja robiono wszystko, aby w jak najszybszym czasie dorównać do tych najlepszych.

Jak ocenia Pan organizację klubu w czasie swojego pobytu w Lubinie?

- Kontynuując; to samo dotyczyło sportu. Piłka nożna to było i jest oczko w głowie większości społeczeństwa. Dlatego były przeznaczone ogromne środki na rozbudowę bazy sportowej i treningowej. Plany, makiety budowy ośrodka sportowego najlepszego i najnowocześniejszego w kraju. Ówczesny prezes klubu, a zarazem dyrektor naczelny kombinatu - Witold Parchimowicz był olbrzymim pasjonatem piłki i swą pasją do piłki zarażał wszystkich. Jeśli chodzi o organizacje klubu, to na tamtejsze czasy była na najwyższym możliwym poziomie. Działacze starali się o zorganizowanie naszego sportowego i rodzinnego życia na najlepszym poziomie. Obozy szkoleniowe, rehabilitacyjne, baza sportowo-treningowa i medyczno-rehabilitacyjna - wszystko na ówczesne czasy: sam top. Nie zapominano o rodzinach zawodników, lato nad morzem w Kołobrzegu, a zimową porą wyjazd w góry.

Jak wyglądało życie w Lubinie i czy rozwijające się w tym czasie miasto pozwalało na normalne funkcjonowanie?

- Jeśli chodzi o życie w mieście, to było całkiem ok. Jasna rzecz, że była duża rozpoznawalność, ale nie przeszkadzało to w normalnym, codziennym funkcjonowaniu. Było sympatycznie, gdy szło się do warzywniaka i Pani Grażynka była uśmiechnięta i gratulowała zwycięskiego meczu i zdobytej bramki, czy też sąsiad z klatki, Stasiu, rzucił jakimś dowcipem i opowiadał o odgłosach z kopalni po przegranym czy wygranym meczu. Jednak gros czasu przebywało się na obozach przygotowawczych, zgrupowaniach przedmeczowych. Później doszły jeszcze zgrupowania reprezentacyjne. Tak dla przykładu i jako ciekawostkę podam, że któregoś roku w czasie pobytu w Zagłębiu łącznie trzy miesiące byłem w domu z rodziną, a resztę czasu spędziłem poza domem na obozach, zgrupowaniach itp.

Jak wyglądały obozy przygotowawcze i z kim dzielił Pan pokój?

- Hmm... obozy przygotowawcze? Od rana do wieczora treningi, czasami trzy razy dziennie. W początkowym okresie pokój na obozach dzieliłem ze śp. Sławkiem Kurantem, a później pod swoje skrzydła wziąłem Marka Godlewskiego.

Czy pamięta Pan zagraniczne obozy lub sparingi z zagranicznymi drużynami?

- To przede wszystkim drużyny byłego NRD. Do dzisiaj czuje ból głowy. Te piłki niemieckie były jakieś takie wielkie i twarde jak kamień, a że często i chętnie grałem głową, jak Andrzej Szarmach, na którym się wzorowałem... No to miałem często możliwość i wątpliwą przyjemność spotykać się w pojedynkach główkowych z tym nieszczęsnym "ballem" (śmiech).

Przeciwko jakiemu obrońcy w naszej lidze grało się Panu najtrudniej?

- No cóż, obrońca o którego Pan pyta, to po głębokim namyśle, był to Przybyś z Widzewa Łódź, chociaż każdego z moich przeciwników szanowałem i czułem przed każdym respekt.

Jakie emocje towarzyszyły Panu podczas debiutanckiego meczu Zagłębia Lubin w I lidze?

- Chyba tutaj rozczaruje, ale dla mnie każdy mecz niezależnie od ligi i rangi traktowałem jako rzecz dla mnie najważniejsza. Maksimum umiejętności, zaangażowania i serca. Dla mnie gra w piłkę to była przyjemność, wielka sprawa i może zabrzmi pompatycznie, ale swego rodzaju honor. Wyznaje do dzisiaj zasadę, że jak już coś robię, to na maksa. Oprócz ogromnej satysfakcji, że wygraliśmy ten inauguracyjny mecz, mam dwie wielkie pamiątki. Pierwsza bramkę w historii klubu w rozgrywkach pierwszoligowych. A druga, to złamany nos, który do dnia dzisiejszego pokazuje córce i synowi (śmiech).

Jak wspomina Pan zabiegi w sanatorium podczas okresu roztrenowania?

- Na pytanie odnośnie zabiegów sanatoryjnych, to najlepiej poinformowaną osobą w tym temacie jest Daniel Dyluś. Na czym polegały zabiegi? Na zrelaksowaniu ciała i duszy po sezonie, a co za tym się kryje to sądzę, że Daniel uchyli rąbka tajemnicy...

Jaka atmosfera panowała w szatni i jak Pan traktował nowych, młodych zawodników dołączających do drużyny?

- Jeśli chodzi o atmosferę w szatni, to zwykle rodzinna i przyjacielska. Chociaż wiadomo, że wyniki miały duży wpływ na nią. Było też coś takiego jak "trening wyrównawczy", np. za trenera Szerszenowicza. Cała drużyna spotykała się w plenerze przy ognisku i każdy mógł bez ogródek wypowiedzieć, co mu leży na wątrobie. Rzecz jasna nie były to spotkania w szkółce żeńskiej, katolickiej; z pełnym szacunkiem dla tej instytucji. Były to twarde męskie rozmowy, ale najważniejsze było to, że skutek był piorunujący. Przykładem może być spotkanie drużyny po meczu w Wodzisławiu za trenera Stanisława Świerka. Po tym spotkaniu było pięć lub sześć meczów bez porażki. Szanse miał każdy, mówię tutaj o młodych i nowych zawodnikach. Właściwie nie było w drużynie hierarchii. W moim odczuciu nie było żadnej fali, ale to moje zdanie. Chyba należałoby zapytać na ten temat właśnie tych piłkarzy, którzy dochodzili jako "młodzi i nowi". Ja tylko mogę powiedzieć, że nie miałem nigdy konfliktów z Zejerem, Szewczykiem, Dylusiem, Cilińskim czy Godlewskim, który wraz ze swoją rodziną stał się przyjacielem mojej rodziny. W temacie zgrania drużyny czy tez konsolidacji, to mogę powiedzie że życzę każdej obecnej drużynie, aby wszyscy żyli wraz z rodzinami w takiej atmosferze.

Gdyby miał Pan szansę zmienić coś w swojej karierze, to co by to było?

- Na temat, co zmieniłbym w swojej karierze, nie będę nad wyraz interesujący. Otóż: nic! Mogę z ręka na sercu powiedzieć, że osiągnąłem na tamte czasy wszystko, co było możliwe do osiągnięcia. Po kolejnych strzeblach kariery piąłem się do góry. Rozpocząłem swoją przygodę z piłką stosunkowo późno, bo dopiero w wielu 17 lat. Wcześniej próbowałem swoich sił w grze w piłkę ręczną, ale ostatecznie pozostałem przy kopanej. Zostałem wyróżniony i moja gra została doceniona, gdy dostałem powołanie do reprezentacji polski drużyn młodzieżowych, jako jeden z dwóch starszych zawodników. Muszę nadmienić, że byłem wówczas pierwszym zawodnikiem w historii klubu oraz w historii OZPN Legnica i z regionu Zagłębia Miedziowego, który został powołany do reprezentacji kraju. Rozegrałem co prawda tylko jeden mecz z Grecją, ale wygraliśmy 1:0 dzięki mojej bramce.

Czy miał Pan szansę zagrać w pierwszej reprezentacji? Czego zabrakło?

- Próbowałem nadal doskonalić swoje rzemiosło i nie pozostało to bez echa. Przyszło powołanie do reprezentacji olimpijskiej. Wraz z Krzyśkiem Koszarskim próbowaliśmy godnie reprezentować Zagłębie. W olimpijskiej rozegrałem około 20 spotkań, ale ostatecznie nie udało się drużynie awansować do rozgrywek olimpijskich. Naszym szkoleniowcem był wówczas śp. Zdzisław Podedworny. No i przyszła ta upragniona chwila powołania do pierwszej reprezentacji kraju. Do szczęścia tak niewiele brakowało... Treningi z drużyną, super atmosfera, sprzęt i wszystko z najwyższej ówczesnej półki, ale niestety zabrakło występu. Widocznie nie byłem wystarczająco dobry, czy też nie pasowałem trenerowi do koncepcji. Wszystkie odpowiedzi możliwe. Ja jednak czułem się wyróżniony. Myślę, że tysiące piłkarzy chciałoby być na moim miejscu. A ja powiem w tak w pierwszej reprezentacji może grać tylko 11 piłkarzy, w szerokiej kadrze może być 23 i ja byłem wśród nich. Myślę, że niejeden piłkarz chciałby być na moim miejscu.

Jak ocenia Pan działaczy z tamtego okresu?

- Byli to ludzie, którzy byli piłce oddani do reszty. Począwszy od pana Stanisława Świecha, dzięki któremu w dużej mierze znalazłem się w Zagłębiu, poprzez pana Mieczysława Kulczyckiego, ówczesnego wiceprezesa do spraw piłki nożnej, a zarazem dyrektora kopalni Rudna oraz kierownika sekcji piłki nożnej z tamtego okresu pana Zdzisława Giernalczyka i wielu wspaniałych ludzi, których przepraszam, że nie wymienię z nazwiska, ale było ich tak wielu, że nie jest się w stanie teraz po latach wszystkich odtworzyć. A ilu było tych anonimowych... Wszystkim wielkie dzięki za ich działalność. Nie sposób nie powiedzieć o śp. Zygmuncie Stanowskim, popularnym Zydze, naszym zbawicielu od odnowy i rehabilitacji. Był także byłym znakomitym zawodnikiem Zagłębia. Rzecz jasna nie sposób nie wspomnieć o naszym cudownym kierowcy. Był on dobrym duchem drużyny i zawsze był tam, gdzie był potrzebny i ratował nas z wszelkich opresji. Mówię o panu Janie Chrząszczu.

Pana stosunek do kibiców i sytuacje związane z nimi?

- Jeśli chodzi o kibiców, to zawsze czułem respekt, szacunek i wierzyłem w to że gram wraz z drużyną w dużej mierze dla nich. Zawsze było dla mnie ważne co sądzą. Ich opinia nie była mi obojętna. Bardzo ceniłem sobie ich opinie na temat mojej gry, a także na temat gry całej drużyny. Bo według mojej oceny siła jest w jedności, a jednością musi być drużyna. Co nie oznacza, że nie poznałem, co to niezadowolenie kibiców. Były dwa takie incydenty. Raz, ku mojemu zaskoczeniu, wychodząc jak co dzień na trening, zobaczyłem mojego malucha z kupą śmieci na dachu. Widocznie któryś z sąsiadów-kibiców rozsierdzony nie wytrzymał i dał upust swoim emocjom. Kolejnym razem, to ktoś zdesperowany zadał sobie nie lada wysiłek. rozcierając na przedniej szybie mojego wspomnianego malucha... kupę.

Który trener w Pana całej karierze był najlepszy i co sądzi Pan o trenerach Zagłębia, których spotkał w Lubinie?

- Jeśli chodzi o moją całą karierę, to było trzech trenerów. Pierwszym był mój przyszły teść, Zbigniew Bania, który był moim szkoleniowcem na początku mojej kariery piłkarskiej. Były lewoskrzydłowy Odry Opole z jej najlepszych czasów. Kolejnym był Stanisław Świerk, którego "Miedziowi" kibice doskonale znają. Trzecim był niemiecki trener Ferner, który był szkoleniowcem Apollonu Limassol, cypryjskiej drużyny, do której byłem wypożyczony po zdobyciu po raz drugi awansu do pierwszej ligi. Natomiast jeśli chodzi Panu o szkoleniowców Zagłębia, to Różański był znakomitym teoretykiem i jego wyprawy w góry były niezapomniane. Szerszenowicz praktyk - duża praca na boisku. Łysko - praktyka plus teoria, ale nie iskrzyło w drużynie. A trener Stanisław Świerk łączył wszystkie sprawy, teorię z praktyką, respekt z luzem, profesjonalizm z zabawą. Był to człowiek, trener, kolega, przyjaciel, za którym każdy z nas poszedłby bez zastanowienia w ogień i w tym była siła sukcesu.

Dlaczego zdecydował się Pan na powrót do Zagłębia po zagranicznych wojażach?

- To naturalne, ponieważ mój pobyt tam nie był definitywnym kontraktem, tylko wypożyczeniem. Po wywalczeniu z Zagłębiem w 1989 roku awansu do 1 ligi był zakaz zarządu klubu jakichkolwiek transferów wychodzących. Polityka klubu zakładała, że nie rozsprzedajemy drużyny, a ją wzmacniamy i montujemy pakę na ligę. Gdy przyszła oferta z pierwszoligowego cypryjskiego Apollonu Limassol, którego ówczesnym trenerem był późniejszy trener reprezentacji Polski, Jerzy Engel i grali tam wówczas byli reprezentanci kraju: między innymi Krzysztof Adamczyk, znany również z gry w greckiej Larysie. Ja miałem wymienić Stefana Majewskiego. Początkowo nie było mowy o wyjeździe, aż zapadła decyzja, że wyjątkowo za zasługi będzie zgoda, ale jedynie na wypożyczenie. Muszę powiedzieć, że chociaż nie uczestniczyłem w zdobyciu wicemistrzostwa i mistrzostwa Polski przez kolegów z Zagłębia, to dokładnie w tym samym czasie, co prawda w barwach Apollonu, ale de facto byłem cały czas zawodnikiem Zagłębia, zdobyliśmy również historyczny dla tego klubu w 1991 roku tytuł mistrza Cypru, a rok później, w 1992, puchar Cypru. Równolegle sukcesy są porównywalne w obu klubach. Dopiero po powrocie do Zagłębia i jeszcze półrocznej grze rozstałem się definitywnie z klubem podpisując kontrakt z niemieckim VFB Oldenburg.

Z kim z drużyny najbliżej się Pan kumplował?

- Można wyróżnić jakby dwa etapy. Pierwszy, gdy walczyliśmy o nasz historyczny awans do ligi. Wtedy dobrze rozumiało mi się z Jurkiem Wichłaczem i Romkiem Mądrachowskim. Spotykaliśmy się również prywatnie, nasze rodziny lubiły się i rozumiały nawzajem. Chociaż tak jak wcześniej wspomniałem, na zgrupowaniach i obozach pokój dzieliłem ze Sławkiem Kurantem. Generalnie starałem się, aby atmosfera w drużynie była przyjazna, bo wszelkie podziały nigdy niczemu dobremu nie służą, a już na pewno nie maja nic wspólnego z konsolidacja drużyny piłkarskiej. W późniejszym okresie, gdy drużynę opuścili kolejno Jurek i Romek, dobry kontakt miałem z Krzyśkiem Koszarskim, Romkiem Kujawą oraz z Markiem Godlewskim, z którym dzieliłem pokój w okresie przygotowawczym. Z resztą do dnia dzisiejszego próbujemy w miarę możliwości podtrzymywać te przyjaźnie. Nasze żony praktycznie cały czas są na bieżąco i w kontakcie. Niestety ostatnio pożegnaliśmy Jurka i Romka Mądrachowskiego, ale oni na zawsze pozostaną żywi w moich wspomnieniach.

Kto był największym żartownisiem w drużynie?

- Żartownisiów w drużynie nie brakowało. Ogólnie panowała bardzo dobra atmosfera. Lubił żartować "Godli", ale nie do podrobienia był Daniel Dyluś, nazwany przez nas z żoną "Farelka" (dop. K.K.: odnośnie pseudo Farelka, wyjaśnię w obszernym wywiadzie z Danielem Dylusiem), co wiązało się z zabawna sytuacja ze słynnymi i niedostępnymi farelkami. Ale Daniel był naszym naczelnym biznesmenem i dla niego nie było sprawy nie do załatwienia.

No i na koniec: co robi Pan obecnie?

- Otóż, buty zawiesiłem na kołku w wieku 47 lat, czyli teraz mija dziesięć lat od rozstania się z rolą piłkarza. W sumie 30 lat poświęciłem grze w piłkę. Z Oldenburga wróciłem jeszcze na chwile do kraju i występowałem w barwach Miedzi Legnica, współpracując z trenerem Marianem Putyrą. To trener, który wywalczył z Zagłębiem pierwsze historyczne mistrzostwo Polski. Jednak, gdy przyszła kolejna propozycja wyjazdu do Niemiec, zdecydowałem, że to będzie mój ostatni wyjazd i tak też się stało. W FC Rastatt04 grałem siedem lat, zdobywając z drużyną kolejne szczeble klas rozgrywkowych w niemieckiej piłce. Co mogłoby zainteresować kibiców, to że z napastnika przekwalifikowałem się na rasowego stopera. O dziwo dobrze mi szło i nie przeszkodziło nadal zdobywać bramki. Może kibice pamiętają moją grę głową? Ten atut wykorzystywałem w stałych fragmentach gry.

- Jeśli chodzi o drogę sportowa to po rozstaniu z rolą piłkarza nietrudno się domyślić, że długo nie wytrzymałem bez piłki i bliska stała mi się rola szkoleniowca, ale wszystko w wydaniu czysto amatorskim. Trenowałem lokalną drużynę, w której grali chłopcy z Polski, Chorwacji i Turcji. Od miesiąca jednak rozeszły się nasze drogi i chwilowo odpoczywam od piłki, chociaż nie tak do końca, bo dopinguje mojego syna Piotra, który jak rodzinna tradycja nakazuje, również amatorsko para się trenerką. Niewykluczone, że za chwile będziemy razem współpracować. I tak już mija 20 lat mojego pobytu w Badenii-Wirtembergii.

- Na koniec chciałbym podziękować Panu za pamięć i interesujące pytania. Tak samo wszystkim kolegom, z którymi miałem przyjemność grać i dzielić losy piłkarza na dobre i na złe, szkoleniowcom, działaczom, pasjonatom piłki za ich zaangażowanie i poświęcenie dla nas piłkarzy, naszym małżonkom dzieciom i rodzinom, że wspierali nas w dobrych, ale i niestety w tych ciężkich chwilach. Na koniec dziękuje bardzo wszystkim kibicom, którzy przyjeżdżali na nasze mecze z całego regionu, a szczególnie braci górniczej, pod szyldem której występowaliśmy i której nierzadko nie szczędziliśmy rozczarowania. Mam jednak nadzieję, że tych radosnych chwil było więcej i że zapisaliśmy się w pamięci jako ta drużyna, którą chciało się oglądać, wspierać i kibicować na dobre i złe.

**

- Pozwoli Pan, że dodamy jeszcze kilka zdań. Chciałem jeszcze nadmienić odnośnie tradycji rodzinnej, że miałem to szczęście, że zagrałem wspólnie z moim synem w jednej drużynie. Piotr zaczynał również przygodę z piłka w naszym Zagłębiu, pod okiem Romka Mądrachowskiego.  Niestety nieszczęśliwa kontuzja, która przytrafiła się podczas jednego z treningów (zerwanie więzadeł krzyżowych), wyeliminował Piotra z możliwości uprawiania rodzinnego sportu zawodowo. Dopiero tu, w Niemczech, zrobiono porządek z kolanem na tyle, że mógł pograć dla siebie no i mieliśmy to szczęście wspólnie zagrać. Cieszę się bardzo, że mogliśmy wraz z żoną podzielić się niewielka częścią naszych zbiorów oraz dziękujemy za rozmowę.

- Proszę przekazać również gratulacje nowemu prezesowi. Życzymy owocnej pracy, sukcesów drużynie i szkoleniowcom w nowym nadchodzącym sezonie, a kibicom samych pozytywnych wrażeń dostarczanych przez ich ulubieńców i ukochaną drużynę.

Autorem wywiadu jest Krzysztof Kostka - kolekcjoner biletów, programów meczowych i pamiątek Zagłębia Lubin.

Fanpage Krzysztofa Kostki znaleźć można tutaj - KLIKNIJ.