Gwiazda rywala | Igor Lewczuk 15 paź

Gwiazda rywala | Igor Lewczuk

Igor Lewczuk jest bez wątpienia jednym z najbardziej doświadczonych graczy w szatni Legii Warszawa. W zeszłym sezonie trzydziestopięciolatek świętował swoje setne spotkanie w koszulce „Legionistów”. Jest to tym bardziej imponujące, ponieważ początkowo nic nie zapowiadało, że Lewczuk w ogóle zostanie piłkarzem. W młodości, bowiem, w piłkę grywał, co najwyżej hobbystycznie. Tak naprawdę karierę profesjonalnego zawodnika zawdzięcza… swojemu wykładowcy ze studiów.

15 paź 2020 16:45

Fot. Zagłębie Lubin S.A.
Autor Zagłębie Lubin S.A.

Udostępnij

Ekstraklasa

Pierwszym klubem Igora Lewczuka był Hetman Białystok. To właśnie grę w tym zespole łączył ze studiowaniem dziennym na warszawskim AWF-ie. W stolicy Podlasia pojawiał się tylko przy okazji weekendowych spotkań, przez co omijały go nawet treningi. Drużyna z Białegostoku występowała wówczas na poziomie IV ligi, gdzie rywalizowała między innymi z Trakiem Victorią Łyski Klepacze. Tacy rywale, oględnie mówiąc nie zachęcali do przychodzenia na stadion. Jak przyznaje sam piłkarz na meczach pojawiali się głównie członkowie rodzin i ewentualnie przypadkowi przechodnie. Przy takich warunkach, obrońca na pewno nie przebiłby się do poważnej piłki. Na uczelni spotkał jednak Andrzeja Blachę. To właśnie on, zaproponował stoperowi testy w trzecioligowym Zniczu Pruszków. Po zwycięskim spotkaniu sparingowym z Unią Janikowo, Lewczuk podpisał swój pierwszy kontrakt piłkarski.

Już premierowe rozgrywki były dla obrońcy wyjątkowo udane. W sezonie 2006/2007 Znicz zdystansował konkurencję, pewnie triumfując w lidze. Lewczuk od początku był jedną z kluczowych postaci zespołu. Wraz z Robertem Lewandowskim czy Danielem Kokosińskim doprowadził podwarszawską ekipę na zaplecze Ekstraklasy. Tam celem dla beniaminka miało być przed wszystkim spokojne utrzymanie. Zawodnicy Znicza nie zamierzali jednak na tym poprzestać. Po czterech kolejkach z kompletem punktów, objęli nawet fotel lidera. Finalnie awans przegrali z Arką Gdynia jedynie gorszym bilansem bezpośrednich spotkań.

Mimo rozczarowania, Lewczuk mógł zaliczyć sezon do udanych. Zanotował 32 spotkania, w których trzykrotnie pokonywał bramkarza rywali. Wysoka forma rosłego obrońcy nie uszła uwadze drużynom z Ekstraklasy. Ostatecznie piłkarz wraz z Pawłem Zawistowkim trafił do Jagielloni Białystok. Początek w zespole „Pszczółek” był więcej niż obiecujący. Już w starciu inaugurującym rozgrywki obrońca dostał szansę debiutu, którą w pełni wykorzystał. Przez niemal dwa lata był podstawowym wyborem Michała Probierza. Miał też swój udział w wywalczeniu pierwszego w historii klubu Pucharu Polski. Wydawało się, że tylko kwestią czasu jest oferta z mocniejszego zespołu. Tak się jednak nie stało. Lewczuk pokazał się, bowiem z bardzo złej strony w spotkaniu eliminacyjnym ligi Europy z Arisem Saloniki, gdzie już w 3. minucie sprokurował rzut karny. Po kolejnych dwudziestu, trener zdecydował się ściągnąć go z boiska. Drużyna przegrała, a sam Lewczuk przestał dostawać szanse od szkoleniowca. Działacze nie chcieli jednak oddawać za darmo piłkarza, za którego zapłacili czterysta tysięcy złotych. Ponieważ wygasał mu kontrakt, taka sytuacja była bardzo prawdopodobna. Stąd też władze Jagielloni postanowiły działać. Chcąc wymusić na Lewczuku prolongatę umowy, zabroniły mu treningów z pierwszą drużyną. Każdego dnia piłkarz stawiał się w klubie, aby przez kilka godzin biegać, po czym udawał się do specjalnego pomieszczenia, w którym przez półtora godziny… czytał gazety. Po kilku miesiącach takiej codzienności zawodnik uległ i podpisał nowy kontrakt. Tuż po tym został wypożyczony szczebel niżej do Piasta Gliwice.

Kolejnym przystankiem w karierze Lewczuka był Ruch Chorzów, gdzie powtórzył się jednak scenariusz z Białegostoku, mianowicie mocny początek, a następnie z meczu na mecz powolne obniżanie lotów. Dopiero w Zawiszy Bydgoszcz piłkarz pokazał pełnię swoich możliwości. Trenerem był wówczas Ryszard Tarasiewicz, który zdecydował się przestawić Lewczuka na prawą obronę, co było strzałem w dziesiątkę. Zawodnik dzięki dobrej postawie nie tylko w ekspresowym tempie zapracował na transfer do Legii Warszawa, ale jego walory docenił również selekcjoner kadry, Adam Nawałka, który powołał go na styczniowe zgrupowanie ligowców. W spotkaniach z reprezentacjami Mołdawii i Norwegii obrońca spędził na murawie łącznie 82 minuty, jednak były to jego jedyne występy w koszulce z orzełkiem na piersi.

Znacznie lepiej wiodło mu się w piłce klubowej. Ze stołeczną drużyną dwukrotnie sięgnął po mistrzostwo i puchar Polski. W sierpniu 2016 roku wywalczył również awans do upragnionej Ligi Mistrzów. Obrońcy nie dane było jednak zagrać w tych elitarnych rozgrywkach, ponieważ w międzyczasie pojawiła się możliwość wyjazdu za granicę. Po 31-latka zgłosiło się francuskie FC Girondins Bordeaux. W drużynie sześciokrotnych mistrzów Francji obrońca dzielił szatnię między innymi z Jaroslavem Plasilem czy Jeremym Menezem. Mimo, że w tamtejszej lidze trwał już sezon Lewczuk z miejsca wskoczył do wyjściowej jedenastki, ogółem pojawiając się na boisku aż 33 razy. Szczególnie udane było starcie z Guingamp, w którym to zawodnik zdobył swoją jedyną bramkę na francuskich boiskach. Gdyby nie powracające problemy ze zdrowiem trzyletnia przygoda z pewnością nie skończyłaby się na pięćdziesięciu pięciu występach.

W ubiegłym roku Igor Lewczuk zdecydował się powrócić do Legii Warszawa. Z perspektywy czasu wydaje się, że był to znakomity ruch dla obu stron. Zawodnik dopisał w swoim piłkarskim CV już trzecie mistrzostwo Polski, z kolei sam klub zyskał gracza, znającego realia stołecznego zespołu, który dzięki swojemu doświadczeniu i nieustępliwości w grze wprowadził spokój w szeregi defensywy „Legionistów”.