Niewygodny rywal 30 wrz

Niewygodny rywal

15 meczów od 2009 roku i tylko 4 wygrane. Ostatnie 8 spotkań ? jedno zwycięstwo i 7 porażek. Nie da się ukryć, że Lechia Gdańsk to nie jest w ostatnich latach ulubiony przeciwnik KGHM Zagłębia Lubin. W sobotę czas na przełamanie złej passy. Okazja wyśmienita ? gdańszczanie w dołku, Miedziowi na fali.

30 wrz 2017 17:30

Fot. Tomasz Folta
Autor Zagłębie Lubin

Udostępnij

Ekstraklasa

Zaczęło się we wrześniu 2009 roku, w 89. minucie meczu na starym stadionie Lechii. Łotewski napastnik Ivans Lukjanovs wskakuje na plecy Michała Łabędzkiego, niemal wpychając go do bramki Aleksandra Ptaka. Oczywiście razem z piłką.

Wynik - 1:0 i porażka Zagłębia. No i wtedy to już poszło. Zwykle górą była Lechia. Choć oczywiście niekiedy udawało się zainkasować 3 punkty.

Tak było dwukrotnie w sezonie 2010/2011 (3:1 i 2:1) oraz wiosną 2012 i 2016 roku (po 1:0). Wygraną Zagłębiu dawali wtedy Maciej Małkowski oraz Filip Starzyński.

Efekt jest dla Miedziowych wstydliwy. Ostatnie 9 meczów to jedna wygrana, jeden remis i aż 7 porażek. Lechia lubi grać z Zagłębiem i nie robi jej różnicy, czy gra u siebie czy na wyjeździe.

Dość

W sobotę jednak doskonała okazja do tego, by passę przełamać. Podopieczni trenera Stokowca to w tej chwili czołowy zespół ligi, który w tabeli ustępuje tylko bilansem bramkowym Górnikowi Zabrze. Lechia zaś zawodzi na całej linii.

Po pierwsze, zajmuje dopiero 12. miejsce z dorobkiem 10 punktów w 10 meczach. Po drugie - nie gra widowiskowo i wygrywa od wielkiego dzwonu. Wygrali tylko na inaugurację z Wisłą Płock i trzy tygodnie temu, gdy wymęczyli zwycięstwo w Gliwicach.

Po trzecie - gwiazdy nie mogą się obudzić. Nie licząc Marco Paixao, który strzela jak najęty, liderzy Lechii na razie nie spełniają pokładanych w nich nadziei. Milos Krasić jest cieniem zawodnika z zeszłego sezonu, podobnie jak Flavio Paixao, który rok temu należał do najlepszych graczy w całej lidze.

Wreszcie po czwarte - Lechia nie potrafi wygrywać u siebie. Cztery mecze i tylko dwa remisy, w tym ten Jagiellonią uratowany w samej końcówce.

Zdajemy sobie sprawę, że wszystkie cztery argumenty mogą zostać w sobotę obalone. Lechia to bowiem drużyna, której na "odpalenie" wystarczy jeden dobry mecz. A ten może przydarzyć się w każdym momencie.

Nowa miotła

Szczególnie, że w tym tygodniu sporo się w Gdańsku działo. Choć dalecy jesteśmy od nazywania tego "wstrząsem? czy wręcz "trzęsieniem ziemi?. Co prawda zmienił się trener, ale do pracy nie przyszedł nikt nowy. A dotychczasowy szkoleniowiec również pozostał w klubie.

Roszada była następująca - Adam Owen ze stanowiska trenera przygotowania fizycznego przeszedł na posadę pierwszego szkoleniowca, zaś Piotr Nowak już nie jest trenerem, a dyrektorem sportowym Lechii.

Rewolucji więc nie ma, są roszady w obrębie dotychczasowych zasobów ludzkich. Wciąż jednak może zadziałać efekt nowej miotły, który tak często sprawdza się w wielu polskich klubach. Choć w tym sezonie tylko połowicznie. W poprzedniej kolejce w nowych klubach debiutowali Waldemar Fornalik i Maciej Bartoszek. Pierwszy przegrał z Arką, a drugi wygrał? właśnie z Lechią.

Kartki i kontuzje

Trener Owen na pewno jednak nie skorzysta z najlepszych w swojej kadrze. Wielu piłkarzy bowiem nie będzie mogło zagrać z Zagłębiem. I to z różnych względów.

Romario Balde w Niecieczy obejrzał czerwoną kartkę i został zawieszony. Błażej Augustyn dostał żółtą, ale że to już po raz czwarty, to również czeka go pauza. Wciąż grać nie mogą również kontuzjowani Lukas Haraslin i Sławomir Peszko.

W sobotę trzeba więc będzie uważać szczególnie na duet Wolski-Marco Paixao. Ci dwaj piłkarze nie zawodzą i co tydzień należą do najlepszych w swoim zespole. No i Grzegorz Kuświk, który co prawda w Lotto Ekstraklasie nie grał od 5 sierpnia, ale Zagłębie sobie upodobał. O tym jednak będzie osobny tekst.

W Zagłębiu sytuacja jest nieco lepsza. Poważną kontuzję co prawda leczą Daniel Dziwniel oraz Sebastian Bonecki, ale pozostali zawodnicy są do dyspozycji trenera Stokowca i nie mają wielkich problemów zdrowotnych. Nikt również nie pauzuje za kartki. Uważać będzie musiał tylko Jakub Tosik.