Piotr Przerywacz: Zagłębie w pucharach sprawiłoby mi wielką satysfakcję 12 lut

Piotr Przerywacz: Zagłębie w pucharach sprawiłoby mi wielką satysfakcję

Piotr Przerywacz jest wychowankiem Kuźni Jawor. Z tego zespołu przeszedł do Miedzi Legnica, w której występował przez trzy sezony. Od 1994 roku rozpoczął jednak pisać długi rozdział pt. „Zagłębie Lubin”. W naszym klubie spędził aż osiem lat, więc bez wątpienia można zaliczać go do miana legendy. Zapraszamy na kolejny wywiad z cyklu #MiedziowaTożsamość, w którym zobaczycie, jak wyglądała kariera Piotra Przerywacza w zespole „Miedziowych”.

12 lut 2019 09:05

Fot. Tvregionalna.pl
Autor Zagłębie Lubin S.A.

Udostępnij

Ekstraklasa

#MiedziowaTożsamość

Na początku chciałbym zapytać, jak to wszystko się zaczęło. Kiedy dowiedział się Pan o pierwszej ofercie z Zagłębia Lubin?

- Myślę, że to było w 1993 roku. Pamiętam, że prezesem klubu był wtedy pan Panfil. Padła wstępna propozycja, czy nie zostałbym zawodnikiem Zagłębia Lubin. Wówczas byłem jeszcze związany z  Miedzią Legnica, w której obowiązywała mnie umowa do końca 1994 roku. Nie mogłem wypowiedzieć kontraktu, trzeba respektować to, co się podpisało. Dopiero po jego wygaśnięciu, a więc w 1995 roku, przyszedłem do Zagłębia.

Miał Pan jakieś obawy przed przyjściem do lokalnego rywala?

- Nie, nie miałem większych obaw. Po prostu, miałem ofertą od Zagłębia jakiś czas wcześniej i byłem też po słowie z prezesem Kulczyckim. Miałem możliwość oswoić się z tą decyzją, przygotować się do przeprowadzki. Jako ciekawostkę podam, że nie mieliśmy wtedy żadnej spisanej umowy. To był tak zwany układ dżentelmeński. W tym samym czasie pojawiła się konkretna oferta z ŁKS-u,  ale z racji danego słowa odrzuciłem ją. Moim celem było przejść do Zagłębia Lubin. Być może wpływ na taką decyzję miało też to, że jestem stąd, z tego regionu. Miałem więc tutaj rodzinę, znajomych, to na pewno był atut.

A czy miał Pan jakieś problemy związane z przeniesieniem do Zagłębia?

- Absolutnie żadnych. Nie spotkałem się ani z wyrazami niezadowolenia, ani problemami natury formalnej. Zapadła decyzja o transferze i bardzo szybko udało się ją wprowadzić w życie.

Czy pamięta pan swój debiut w Zagłębiu? Jeśli tak, to jak pan go wspomina?

- Ciężko zapomnieć taki mecz. Po raz pierwszy w barwach „Miedziowych” zagrałem w meczu ze Stomilem Olsztyn. Pamiętam, że przegrywaliśmy, a do remisu doprowadził Zbyszek Czajkowski, strzelając na 1:1. Po jakimś czasie znów Stomil wyszedł na prowadzenie i gdy zapowiadało się, że tak się skończy, dostaliśmy rzut wolny. Podszedłem do futbolówki i przymierzyłem idealnie. Bramka na 2:2 na ciężkim terenie, dająca nam remis. Takich meczów się nie zapomina, co więcej, jeśli w debiucie strzela się bramkę.

Przychodził Pan do Lubina na wczesnym etapie kariery, ale już jako zawodnik doświadczony. Czy odczuwał Pan jeszcze nerwy związane choćby z przeskokiem sportowym, większym zainteresowaniem najwyższą klasą rozgrywkową?

- Może nie do końca nerwy, ale delikatne emocję na pewno były. Czy stres? Jeśli już, to naprawdę mały. Po tylu latach aż tak nie pamiętam. Jak Pan wspomniał, ja już miałem dość duże przetarcie, bo za takie uważam choćby doświadczenie zebrane w meczach z AS Monaco. W tych pierwszych meczach jest podwyższona adrenalina, człowiek chce się pokazać jak najlepiej w nowym środowisku, ale po jakimś czasie zapomina się o takich rzeczach i tylko się gra. W młodym wieku liczy się właśnie to, żeby przede wszystkim grać. Pamiętam, że na te pierwsze spotkanie w Lubinie przyszło 10 tysięcy widzów. Była miła, rodzinna atmosfera. Zbiegło się to z okresem wakacyjnym, to najbardziej utkwiło mi w głowie.

Spędził Pan w naszym klubie wiele sezonów, rozegrał prawie dwieście spotkań i strzelił cztery bramki. Który moment wspomina się najbardziej?

- Jeśli mam być szczery, to cały okres spędzony w Zagłębiu Lubin wspominam bardzo dobrze. Zresztą, każdy klub, w którym występowałem coś mi dał. Czy to Zagłębie, czy w Bełchatowie, Szczakowiance, Miedzi Legnica, czy Kuźni. To jednak w Zagłębiu miałem przyjemność zagrać choćby z AC Milan i to naprawdę po latach bardzo cieszy. Jako młodszy chłopak, zawsze miałem marzenie zagrać z renomowanym rywalem. Takim, którego ogląda się na co dzień w telewizji. Moment, w którym dowiedziałem się o tym, że zagramy z AC Milan, to początkowo był szok i niedowierzanie. Informacja pojawiła się na Telegazecie, bo wtedy głównie stamtąd czerpało się wiedzę sportową, kompletnie nas ona zszokowała. Byliśmy z góry skazani na pożarcie, nikt na nas nie stawiał. W tamtych czasach „Rossoneri”, to była potęga nie tylko europejska, ale i światowa. Zawodnicy, jak i trener, mieli ogromną reputację i umiejętności. Każdy z nich z powodzeniem mógł grać w najlepszych, europejskich klubach.

Widać, że wspomina Pan te czasy z radością na twarzy. Spytam jednak o te trudniejsze chwile w zespole, bo i na pewno takich nie zabrakło.

- Chyba nie było ich aż tak wiele, a być może ja nie potrafię sobie przypomnieć tych najgorszych. Wolę wspominać te dobre momenty i to z nich czerpać wiedzę i doświadczenie potrzebną mi do pracy szkoleniowca.

Ciekawi mnie także moment, w którym musiał Pan opuścić Lubin. Jak to wyglądało z Pana perspektywy? Z klubu odeszło wtedy kilku doświadczonych zawodników, głównie z Dolnego Śląska, którzy jeszcze nie tak dawno stanowili o sile zespołu.

- Do kluby przyszedł wówczas trener Adam Nawałka, który w Lubinie pojawił się przechodząc z Wisły Kraków. Uznane nazwisko już wtedy i to za nim właśnie podążyło kilku doświadczonych graczy. Miał ogromne ambicje sportowe, choćby takie, aby zbudować zespół na miarę europejskich pucharów. Tak przynajmniej my to odbieraliśmy, bo gracze, którzy wtedy się pojawili wraz z nim – Marek Zając, Bogdan Zając, Paweł Drumlak, Olgierd Moskalewicz, Artur Andruszczak, to nie były anonimowe postacie w świecie polskiej piłki. Początek zresztą mieli bardzo udany, wysoko wygrali z Pogonią Szczecin 5:0 w meczu otwarcia. Ja już, niestety, to spotkanie oglądałem z perspektywy trybun. Czy obecność zawodników z regionu pozwoliłaby na utrzymanie? Bardzo ciężko powiedzieć, choć na pewno zrobilibyśmy wszystko, aby tak się stało. Pretensji do trenera nie mam, taki jest sport. Chciał coś zmienić, wywołać impuls i do tego potrzebne były roszady personalne, których po części ja byłem ofiarą. Nie wyszło tak, jak sobie zakładał i efekt był taki jak wszyscy wiedzą.

Na przestrzeni tych wszystkich lat spędzonych w Lubinie, udało się nawiązać jakieś przyjaźnie?

- Byłem i jestem typem osoby, która nie dzieli kolegów z szatni na lepszych czy gorszych. Wszyscy walczyliśmy o jeden, wspólny cel. Stanowiliśmy drużynę, która jest ze sobą na dobre i na złe. Najlepszym przykładem takiego podejścia była wiosna w 1995 roku, gdy okrzyknięto nas rycerzami wiosny. Wtedy to z 13. miejsca w tabeli udało się awansować na 4. dzięki wspaniałej serii pod wodzą trenera Wiesława Wojno. Do Lubina przychodziłem w podobnym czasie jak Zbyszek Grzybowski czy Robert Bubnowicz i to z nimi złapałem najszybciej nić porozumienia. Później przyszedł Wojtek Górski czy Darek Dziarmaga i razem z nimi także spędzałem dużo czasu. Niemniej stanowiliśmy kolektyw, zarówno na boisku, jak i poza nim, to była dobra drużyna i bardzo fajnie nam się współpracowało.

Wspomniał Pan o trenerze Wojno, ale w Lubinie podczas pańskiej kariery przewinęło się także kilku innych szkoleniowców. Czy któryś utkwił wyjątkowo w pamięci?

- Zgadza się, choć z każdym mam bardzo miłe i sympatyczne wspomnienia. Miałem tą przyjemność pracować z ciekawymi szkoleniowcami, jak Andrzej Strejlau, Stefan Majewski, Mirosław Jabłoński, Andrzej Szarmach, Mirosław Dragan, ś.p Jerzy Wyrobek czy właśnie Wiesław Wojno. Każdy z nich miał coś, co pozwalało ciągle iść do przodu, uczyć się czegoś nowego. Z tej wiedzy staram się czerpać do dziś.

Lata 90. to ogólnie bardzo ciekawe czasy. Pełne momentów śmiesznych, kuriozalnych, a czasem strasznych. Pamięta Pan jakieś szczególne sytuację?

- Oj tak, było tego trochę! Zacznę od tych mniej przyjemnych, jak choćby ta, która zdarzyła się podczas sparingu ze Ślęzą Wrocław. Pamiętam, że to już była końcówka meczu, bodajże ostatnia minuta, kiedy to Darek Dziarmaga starł się w walce o piłkę z Maciejem Murawskim. Ten drugi niefortunnie go uderzył, powodując wstrząśnienie mózgu. Nie wyglądało to za dobrze i musiała być konieczna interwencja masażystów. Przez moment zrobiło się duże zamieszanie i cała ta sytuacja napędziła nam trochę strachu.

- A te przyjemne? Dużo tego było! Wspominam choćby trenera Strejlaua, przy którym nie można było się nudzić. To były czasy, kiedy dużo osób paliło papierosy, w tym również szkoleniowiec. Miał chyba taki nawyk, że przed wejściem na odprawę lub do szatni kończył palić papierosa. Poznaliśmy po tym, bo zawsze jak się pojawiał wraz z pierwszymi słowami wydobywał się jeszcze dym. Śmialiśmy się z tego, a i trener w końcu się zorientował. Bywało więc też zabawnie.

Jest Pan jednym z nielicznych zawodników naszego klubu, który wystąpił w barwach Zagłębia blisko 200 razy. Dodatkowo, reprezentował zespół na arenie międzynarodowej. Co to dla Pana znaczy?

- Na pewno jest to powód do zadowolenia. Bardzo się cieszę, że mimo urazów i drobnych kontuzji udało się rozegrać taką liczbę spotkań w barwach Zagłębia Lubin. Do dziś mam satysfakcję, a i jest co wspominać. Tą wiedzą i doświadczeniem mogę się również dzielić z podopiecznymi w Jaworze. Jako trener chciałbym, aby kiedyś któryś z nich poznał smak wielkiej piłki. Gra w zespole z Lubina dała mi możliwość mierzyć się z topowymi zawodnikami, jak choćby Maldini czy Baggio. To są rzeczy, które pamięta się do końca życia.

Ten owiany sławą mecz na San Siro, to było spełnianie dziecięcych marzeń?

- Tak, jak najbardziej. Zagrać przeciwko takiemu zespołowi, jak wówczas AC Milan, to było niesamowite przeżycie. Te porażki, bo przegraliśmy dwukrotnie, to żaden wstyd. Przyjemność z grania z rywalem z Seria A, w dodatku topowym, była nie do opisania. Wtedy we Włoszech po raz pierwszy spotkałem się z podejściem, że rozgrzewkę przeprowadza się na sali, a nie na boisku. Na murawę wpuścili nas dopiero 10 minut przed meczem.

W sezonie 2000/2001 była szansa na pierwsze trofeum. Wraz z drużyną doszliście do finału Pucharu Ligi. Czego zabrakłoby w dwumeczu, aby pokonać Wisłę Kraków?

- To była inna Wisła niż dziś. Bardziej doświadczona, mająca uznanych graczy. Czego zabrakło? Na pewno tego, żeby strzelić więcej bramek, niż oni. Wielka szkoda, ale taka jest piłka.

Wielu kibiców po latach wspomina Pana piękną bramkę bezpośrednio z rzutu wolnego, w meczu przeciwko Rakowowi Częstochowa. Pan ją pamięta?

- Tak, zdecydowanie jedna z ładniejszych bramek, jakie udało się strzelić podczas mojej przygody z piłką. To też jest fajna historia, bo to była 87. minuta, jeśli dobrze pamiętam. Trener Kubot miał już przyszykowaną zmianę i to ja miałem opuścić murawę. Widząc, że jest rzut wolny pozwolił mi podejść do piłki i egzekwować rzut wolny. Rzucił żartobliwie „Strzelisz bramkę i schodzisz”. I rzeczywiście, przymierzyłem idealnie na 2:0. Z Andrzejem Kretkiem, który bronił wówczas dostępu do bramki częstochowian, spotkaliśmy się jeszcze później na boisku. Ja byłem w Miedzi Legnica, a on w Rakowie. Nie będzie tego dobrze wspominał, bo znów trafiłem z wolnego.

Czym dla Pana jest dzisiaj Zagłębie Lubin?

- Na pewno dzisiaj Zagłębie stać jest na więcej. Klub ma dzisiaj potężną bazę treningową, chyba najlepszą w Polsce. Od mojego odejścia zmieniło się bardzo dużo. Jest nowy stadion, obok boiska, ciekawa infrastruktura. Uważam, że Zagłębie powinno być w pierwszej trójce, walczyć o puchary. Bardzo bym sobie tego życzył. Do klubu mam bardzo dużą sympatię i ponowne występy na arenie międzynarodowej sprawiłby mi dużą satysfakcję.

fot. tvregionalna.pl